KomiksyTeksty

„Cable #150” (Marvel Legacy/2017) – Recenzja

Cable #150
Nieudany powrót do przeszłości

Marvel, podobnie zresztą jak jego największy konkurent na rynku, DC Comics, nie wie już właściwie co zrobić, żeby przyciągnąć nowych/starych czytelników do swoich komiksów. Przez dekady wydawania swoich serii eksperymentował na tym polu w najróżniejszy sposób. Przede wszystkim atakował nadmiarem eventów, które zmieniały cały superbohaterski świat, by po chwili wszystko i tak wróciło na stare tory. Podobnie kończyły się wszelkie restarty serii, zaczynanie ich na nowo w ramach innych linii wydawniczych czy ukazywanie alternatywnych wersji zdarzeń (tylko seria Ultimate przetrwała próbę czasu, choć też ostatecznie została wciągnięta do mainstreamu).

Najnowszy pomysł Marvela zakłada powrót do korzeni – a może raczej powrót do tego, jak wyglądały przygody najważniejszych bohaterów w latach 90. XX wieku. Legacy, bo tak go nazwano, ma przede wszystkim skupiać się na bohaterach takich, jakimi byli, porzucając – całkiem udane moim zdaniem – zmiany, jakie przyniosło wydawane obecnie w Polsce Marvel NOW! i jego kontynuacje. Niestety, choć większość posecretwarsowych „świeżości” najchętniej wymazałbym z pamięci, Legacy póki co też mnie nie kupuje, a jeśli pozostałe serie będą takie jak Cable, nie wróżę tej linii długiego życia.

Na początek przypomnę może, kim tytułowy bohater w ogóle jest. Jak to w opowieściach o mutantach bywa, jego losy są równie proste jak dwa metry sznurka wciśnięte do kieszeni, ale w skrócie przedstawia się to tak: Scott ‘Cyclops’ Summers miał niegdyś żonę, Jean Grey. Tej się zmarło – wielokrotnie, ale tak to jest, kiedy włada się morderczą mocą kosmicznego bytu, która ma swoje na sumieniu. Potem jednak pojawił się jej klon Madelyne Pryor, a Scott… Cóż… Klon po pewnym czasie urodził ich synka, Nathana, a ten trafił do przyszłości, gdzie wyszkolony został na wojownika/żołnierza (dodajcie co chcecie w tym guście, na pewno będzie pasować), a następnie wrócił do naszych czasów i siał trochę zamętu. To tyle o przeszłości.

Teraz natomiast, wraz z pomocą Longshota, prowadzi śledztwo w sprawie wykrytych anomalii czasowych. Te prowadzą ich w przeszłość, gdzie niestety trop się urywa. Jednak jednocześnie pojawia się nowy: do miejskiego prosektorium trafiły zwłoki Candry, członkini Gildii Zabójców oraz Gildii Złodziei. Kto zabił tak potężną kobietę? I dlaczego? A przy okazji: z jakiego powodu wyciął jej serce? Ciało zbyt długo było martwe, by Longshot mógł się dowiedzieć konkretów, dlatego Cable zaczyna zbierać drużynę, która rozwiąże zagadkę…

Cable, X-Force

Tylko co z tego, skoro ta historia jest tak strasznie nijaka… Lata 90. nie były najlepszym okresem Marvela. Ba, wydawnictwo niemal wtedy upadło. Mnożyły się idiotyczne opowieści (Saga Klonów), losy X-Menów komplikowały się do granicy parodii – a raczej ją przekraczały – a absurdalni bohaterowie, z przerostem tkanki mięśniowej i obniżonym IQ (że już o życiorysach tworzonych metodą kopiuj-wklej nie wspomnę), wyglądali wręcz śmiesznie. W tym chaosie ginęła logika, a twórcy niedbali już chyba o nic. Powrót do tych treści jest chyba dla Marvela desperackim krokiem – niestety w złą stronę.

Cable, X-Force

Nie wiem póki co, jak przedstawiają się inne serie, ale Cable nie ciekawi. Jest wtórny, mocno przeciętny, by nie rzec słaby, a strona graficzna przypomina coś na skrzyżowaniu Andy’ego Kuberta z Robem Liefeldem – niestety z wykorzystaniem najgorszych ich cech. Aż żal patrzeć na to, w którą stronę stacza się obecnie Marvel. Od zawsze praktykował politykę ilość-nie-jakość, ale tym razem przesadził. Mógłby w końcu porzucić to i zacząć wydawać mniej, ale wartościowych rzeczy, bo Cable zdecydowanie do nich nie należy.


Autor: WKP

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x