„Get Fury” #1 (2024) – Recenzja
Get Fury #1 (2024)
Fury znowu na maxa
Pamiętacie mini-serię Fury od Marvel Max z 201? Wyszła nawet po polsku dzięki staraniom Mandragory. Nie było to największe dzieło Ennisa, ot krwawa rozrywkowa jazda bez trzymanki, ale fajnie wypadała. Nic więc dziwnego, że w kolejnych latach powstały zarówno prequel, jak i sequel. A teraz rzecz powraca. No i znów robi ją Ennis, zabierając nas do wydarzeń sprzed pół wieku i opowiadając o Furym tak, jak tylko on potrafi – krwawo, brutalnie i z humorem. Zapomnijcie więc o Furym z obecnych komiksów i filmów, bo przy tym, co czeka na nas w Get Fury te wersje to jakieś marne, słabe popierdółki. Oto Get Fury #1.
GARTH ENNIS RETURNS TO MARVEL – WITH NICK FURY AND FRANK CASTLE AS YOU’VE NEVER SEEN! It’s 1971, there is a war raging in Vietnam, and Nick Fury has been captured by the Viet Cong. At this moment, they don’t quite understand that they have in their possession a man who knows enough secrets to damage the United States beyond comprehension. The C.I.A., however, DOES realize this and they can’t risk their enemy getting those secrets, so they dispatch the most deadly man in the U.S. Army – LT. FRANK CASTLE.
Ennis nie znosi superhero, Ennis unika robienia komiksów z serii główno-nurtowych, jak tylko może. Ale czasem i on bierze coś z tych wydawnictw, jak Punishera albo Batmana i robi po swojemu, odrzucając to, co mu nie pasuje, zostawiając to, co mu odpowiada i wyciskając z tego wszystko to, czego bali się wycisnąć inni. I tak wygląda też jego Get Fury.
Fabuła prosta, akcja konkretna, jest historia świata, jest brud, jest splecenie tego z innymi opowieściami z Marvela, ale z zachowaniem niezależności i odrębności. Jest krwawo, absurdalnie, mocno, ale z pomysłem, z lekkością, satyrą. i świetną szatą graficzną, bo ta prostota tu pasuje i robi robotę. No i jeszcze jest Fury – postać wyśmienicie skrojona, bardziej archetypicznie, niż realistycznie, trochę popkulturowo przefiltrowana przez wizerunek typowego, ale niepozbawionego własnych słabości twardziela. No i to pokazuje, jak Fury powinien wyglądać, bo z całym szacunkiem do kinowej wersji i doskonałego Jacksona w tej roli, ale i ta wersja, i to, co widzimy w komiksach (a tym bardziej wersja z wykonaniu Hasselhoffa) to jakieś wymoczki. Fajnie, że Marvel wrócił do tej postaci w takiej formie. I że nie zapomniał o linii Max.
Autor: WKP



