“Kapitan Ameryka: Biały” – Recenzja

Kapitan Ameryka: Biały
Cztery kolory wspomnień – biały!

Scenarzysta Jeph Loeb i artysta Tim Sale to duet, którego miłośnikom komiksowego światka właściwie nie trzeba przedstawiać. Nieomal każda seria będąca owocem ich współpracy zyskała miano co najmniej dobrej (większość – doskonałej), a fani szybko zorientowali się, że te dwa nazwiska to wyznacznik jakości (w końcu Nagrody Eisnera nie rozdaje się ot tak, prawda?). Kiedy więc w 2001 roku na amerykańskim rynku za sprawą obu panów i Marvel Comics ukazał się pierwszy zeszyt cyklu nazwanego później kolorowym, nikogo nie trzeba było zbytnio zachęcać do lektury. Czterem ikonicznym postaciom Domu Pomysłów Loeb i Sale przyporządkowali kolory i tak powstały mini-serie: Daredevil: Żółty, Spider-Man: Niebieski, Hulk: Szary i wreszcie, opisywany tu przeze mnie, Kapitan Ameryka: Biały.

Trzy pierwsze “barwy” oscylowały gdzieś pomiędzy przygodową opowieścią a (melo) dramatem; ich tytułowi bohaterowie, przepełnieni smutkiem, wspominali swoje wielkie, utracone miłości (odpowiednio: Karen Page, Gwen Stacy i Betty Ross), sięgając do początków własnych superbohaterskich karier. Podobnie wygląda to w przypadku Białego, jednak pewne czynniki sprawiły, że komiks ten jest mimo wszystko nieco inny niż pozostałe.

Po pierwsze Żółty, Niebieski i Szary powstały w latach 2001-2004, a potem nastała długa przerwa. Jednak pierwotnie mówiło się o tetralogii. I tak Kapitan Ameryka numeru #0 doczekał się w 2008, a na zeszyt oznaczony #1 trzeba było poczekać kolejnych 7 lat, do 2015. Druga sprawa to miłość. Rogers w przeciwieństwie do pozostałej trójki herosów nigdy nie był aż tak emocjonalnie zaangażowany w związek z kobietą. Dlatego też mamy tutaj do czynienia z innym rodzajem uczuć: z braterską, czystą przyjaźnią Steve’a i Bucky’ego.

Kapitan po latach budzi się ze śpiączki. Nie potrafiąc odnaleźć się w nowym świecie, wraca pamięcią do osoby, za której obecnością tęskni z całego serca. W odróżnieniu od czytelników Marvela, Steve nie ma pojęcia, że Bucky żyje (Loeb o Zimowym Żołnierzu nie wspomniał w tej serii ani słowa), obwinia się więc o jego śmierć. Poprzez kolejne karty komiksu śledzimy niemal od zera budowanie się więzi między Rogersem a jego wojennym kompanem. Dowiadujemy się, jak sierota James Buchanan Barnes odkrywa tożsamość Kapitana Ameryki, jak i dlaczego przybiera pseudonim “Bucky” i wreszcie – a raczej przede wszystkim – jak wielką słabość ma do niego sam Steve.

Patrząc na tę zamaskowaną dwójkę na frontach II wojny światowej, wydawać by się mogło, że mamy tu do czynienia z relacją ojciec-syn –  to nie do końca tak… Rożnica wieku między nimi wynosi tylko parę lat. Owszem, Rogers sprawia wrażenie sporo starszego, ale tylko dzięki serum Super Żołnierza; posiada większą niż Bucky muskulaturę, wzrost czy siłę fizyczną, jednak Barnes nadrabia to w inny sposób: wychowany bądź co bądź przez ulicę i realia bazy wojskowej, jest w kilku sprawach (głównie damsko-męskich) dużo bardziej doświadczony życiowo niż Cap.

Steve ucząc Jamesa i biorąc go pod swoje skrzydła, naznacza go na swojego partnera, i chociaż Bucky określa się mianem “pomocnika”, to spokojnie mógłby użyć słowa “przyjaciel” lub “brat” i nie mijać się z prawdą. Jeph Loeb przyznał, że inspirację do tej historii czerpał ze swojej własnej. Poprzez Capa i Bucky’ego złożył poniekąd hołd swojemu zmarłemu, nastoletniemu synowi, Samowi, który był nie tylko jego dzieckiem, ale również najlepszym przyjacielem…

Kapitan Ameryka

Opowieść napakowana jest akcją, lecz tęsknotę i smutek Steve’a możemy odczuć jedynie czytając narracyjne dymki, a nie patrząc na ilustracje, co samo w sobie jest jakby zaprzeczeniem komiksu (przecież to głównie “książka z obrazkami”). Zmienia się to delikatnie, gdy przenosimy się do okupowanej przez nazistów Francji, chociaż i tu pomyślałam bardziej: biedny James zapatrzony w Kapitana, niż coś w stylu: Steve, tak mi przykro. W każdym razie tam Cap i Bucky dostają do towarzystwa Nicka Fury’ego i jego Straszliwe Komando. Ponadto w tajnej misji i potyczce z Red Skullem wspierają ich partyzanci. A w ich szeregach znajduje się śliczna, waleczna kobieta, otwierająca Rogersowi oczy na wiele spraw. To tutaj najlepiej dostrzegamy różnice między Kapitanem Ameryką a jego pomocnikiem, oraz doskonałe uzupełnianie się tej dwójki w kryzysowych sytuacjach. Obaj czegoś się uczą, wyciągają wnioski, a końcowe momenty przypieczętowują ich przyjaźń.

Wizualna strona komiksu to zasługa Tima Sale’a. Nigdy nie nazwałabym jego kreski piękną, ba, bliżej jej do brzydkiej, jednak podziwiam jego kunszt. Doceniam uwypuklanie charakterystycznych cech postaci: Kapitan Ameryka z wyprężoną sylwetką, jako symbol wolności i sprawiedliwości; łobuzerski, chłopięcy, uśmiechnięty Bucky; temperamentny Fury czy doświadczenie wypisane na twarzach żołnierzy. Tak, to się dostrzega na pierwszy rzut oka. Specyficzne dla Sale’a pociągnięcia ołówka doskonale oddają brudny, wojenny klimat lektury. I chociaż Dave Stewart świetnie dobrał do tego kolory, to w przypadku tego komiksu wystarczyłaby mi tylko czerń i biel, czyli to, czym na co dzień operuje Sale, z racji tego że jest daltonistą (swoją drogą to trochę ironia, że pracował akurat przy “kolorowym cyklu”). Naprawdę, monochromatyczne kadry wypadają tu zdecydowanie najlepiej.

Podsumowując, Biały to bardzo dobry komiks, ale tylko wtedy, gdy będziemy rozpatrywać go w kategoriach solowych. Wtedy to porządna, sensacyjna historia, nieskomplikowana co prawda, ale z wartką akcją. W sam raz dla kogoś, kto chce dowiedzieć się, jak zaczynali Cap i Bucky. Jednak jako część kolorowego cyklu Kapitan Ameryka: Biały wypada niestety najsłabiej.

Mówię to z bólem serca, bo uwielbiam postać Capa. Jeśli w zasadzie odgórnie dostajemy założenie, że opowieść ma być listem pożegnalnym do ukochanej osoby, to powinna wyciskać nam łzy, powinna wzruszać. Tu, jak wspomniałam wcześniej, emocje przekazują tylko (pojedyncze) słowa. Steve mówi, że tęskni, ale nie wyzwala to w nas żalu. Żaden obrazek nie ściska za gardło, a szkoda. Być może powodem takiego stanu rzeczy jest nasza świadomość, że Bucky przecież nie umarł. Stąd trudno mi jednoznacznie określić, czy całość podobała mi się, czy też nie. Za to na pewno jest to jedna z tych serii, które będzie się wspominać nawet po latach.

W polskiej wersji językowej Kapitan Ameryka: Biały ukazał się za sprawą wydawnictwa Mucha Comics w 2017 roku. Zeszyty #0-5 zostały tu zebrane w jeden album, w porządnej, twardej oprawie. W środku, na półmatowych, grubszych kartkach poza samą obrazkową historią dostajemy też wstęp i zakończenie w pisemnej  formie “oficjalnych dokumentów Armii Stanów Zjednoczonych”.  W klimat komiksu wprowadzają nas Christopher Markus i Stephen McFeely (scenarzyści trzech filmów MCU z Kapitanem Ameryką). Natomiast na końcu komiksu mamy wywiad z jego autorami, a także szkicownik z pracami Sale’a. Tłumaczenie w większości mnie zadowala. Skrzywiłam się może tylko na jedno czy dwa zdania padające z ust Rogersa, które niezbyt pasowały mi do jego charakteru. Minus dałabym również za maleńką, niewyraźną czcionkę  “listu”, jednak zdecydowany plus za numerację stron. Cena okładkowa – 65 zł – moim zdaniem jest adekwatna do jakości wydania. Ogólnie – nic tylko kupować. 😉


Autorka: Zireael


Mucha Comics

Egzemplarz recenzencki otrzymaliśmy dzięki uprzejmości Mucha Comics. Jeśli recenzja was przekonała do zakupu, to serię możecie nabyć tutaj.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x
()
x

T.A.R.C.Z.A. zmusiła nas do śledzenia twoich poczynań poprzez pliki cookie! Czym są T.A.R.C.Z.A. i pliki cookie dowiesz się tutaj.

Co to są pliki cookies? Cookies, zwane również ciasteczkami (z języka angielskiego cookie oznacza ciasteczko) to niewielkie pliki tekstowe (txt.) wysyłane przez serwer WWW i zapisywane po stronie użytkownika (najczęściej na twardym dysku). Parametry ciasteczek pozwalają na odczytanie informacji w nich zawartych jedynie serwerowi, który je utworzył. Ciasteczka są stosowane najczęściej w przypadku liczników, sond, sklepów internetowych, stron wymagających logowania, reklam i do monitorowania aktywności odwiedzających. Jakie funkcje spełniają cookies? Cookies zawierają różne informacje o użytkowniku danej strony WWW i historii jego łączności ze stroną. Dzięki nim właściciel serwera, który wysłał cookies, może bez problemu poznać adres IP użytkownika, a także na przykład sprawdzić, jakie strony przeglądał on przed wejściem na jego witrynę. Ponadto właściciel serwera może sprawdzić, jakiej przeglądarki używa użytkownik i czy nie nastąpiły informacje o błędach podczas wyświetlania strony. Warto jednak zaznaczyć, że dane te nie są kojarzone z konkretnymi osobami przeglądającymi strony, a jedynie z komputerem połączonym z internetem, na którym cookies zostało zapisane (służy do tego adres IP). Jak wykorzystujemy informacje z cookies? Zazwyczaj dane wykorzystywane są do automatycznego rozpoznawania konkretnego użytkownika przez serwer, który może dzięki temu wygenerować przeznaczoną dla niego stronę. Umożliwia to na przykład dostosowanie serwisów i stron WWW, obsługi logowania, niektórych formularzy kontaktowych. Udostępniający używa plików cookies. Używa ich również w celu tworzenia anonimowych, zagregowanych statystyk, z wyłączeniem personalnej identyfikacji użytkownika. To pomaga nam zrozumieć, w jaki sposób użytkownicy korzystają ze strony internetowej i pozwala ulepszać jej strukturę i zawartość. Oprócz tego, Udostępniający może zamieścić lub zezwolić podmiotowi zewnętrznemu na zamieszczenie plików cookies na urządzeniu użytkownika w celu zapewnienia prawidłowego funkcjonowania strony WWW. Pomaga to monitorować i sprawdzać jej działania. Podmiotem tym może być między innymi Google. Użytkownik może jednak ustawić swoją przeglądarkę w taki sposób, aby pliki cookies nie zapisywały się na jego dysku albo automatycznie usuwały w określonym czasie. Ustawienia te mogą więc zostać zmienione w taki sposób, aby blokować automatyczną obsługę plików cookies w ustawieniach przeglądarki internetowej bądź informować o ich każdorazowym przesłaniu na urządzenie użytkownika. Niestety, w konsekwencji może to prowadzić do problemów z wyświetlaniem niektórych witryn, niedostępności niektórych usług. Więcej na ten temat znajdziecie tutaj --> https://rodoporadnik.pl/polityka-prywatnosci-cookies/

Zamknij

Przeczytaj poprzedni wpis:
Miracleman
“Miracleman: Złota Era” – Recenzja

Miracleman: Złota Era Kiedy otrzymałem propozycję zrecenzowania tego albumu, nie miałem bladego pojęcia, na co się piszę. Tytułowy Miracleman był

Zamknij