"Star-Lord Vol. 2 #1" (2016) – Recenzja
Kosmiczny kowboj uziemiony.
Święta co prawda dość dawno za nami, ale cofnijmy się jednak w czasie. Do wigilii Bożego Narodzenia pozostają ostatnie dni, wszyscy myją okna i podłogi, w wolnych chwilach myśląc o pierogach i prezentach. No, prawie wszyscy. Bo są też tacy fanboje Star-Lorda jak ja, którzy przed świętami myśleli tylko o początku kolejnej przygody Petera Quilla, a Marvel przygotował im pod choinkę naprawdę wspaniały prezent.

Podobnie jak na początku ostatniej serii, tak i tutaj spotykamy Star-Lorda na Ziemi, chociaż w zgoła odmiennych okolicznościach. Tam był pełnym werwy młodzieńcem, który dopiero szykował się do swoich kosmicznych podbojów, natomiast w tym zeszycie widzimy człowieka po przejściach. Jego działania doprowadziły do rozpadu Strażników, była narzeczona Kitty Pride nie chce mieć z nim kontaktu, podobnie jak cała reszta jego ziemskich znajomych (aż jedna osoba). Na tym właśnie skupia się pierwszy zeszyt, przedstawia nam po raz kolejny opuszczonego bohatera, który musi sobie poradzić z trudną rzeczywistością.

W jaki sposób może to zrobić osoba taka jak Star-Lord? Otóż na początek, słuchając „rady” jednego ze swych ziemskich znajomych, udaje się do… galerii sztuki. Nie sądziłem, że zobaczę kiedyś tego bohatera w roli konesera obrazów i scena, w której podziwia on dzieło Van Gogha jest naprawdę komiczna. O dziwo analiza malarstwa holenderskiego nie przynosi spokoju jego duszy, nie pozostaje mu więc nic innego, jak stare i sprawdzone zapijanie smutków w barze. Ma przy tym doborowe towarzystwo, bo ostatecznie spotyka osobę równie wyobcowaną na Ziemi, jak on sam – Starca Logana. Kosmiczny zawadiaka i zgryźliwy Wolverine z alternatywnej rzeczywistości tworzą ciekawy duet, który chętnie zobaczyłbym jeszcze w akcji.

Za warstwę fabularną komiksu odpowiada tym razem Chip Zdarsky, który zastąpił Sama Humphriesa. Przyznam, że początkowo mocno zmartwiła mnie ta zmiana, gdyż bardzo lubiłem sposób, w jaki Humphries budował postać Star-Lorda. Okazuje się jednak, że tak błyskotliwy scenarzysta jak Zdarsky potrafi bez problemu uchwycić charakter Quilla. Być może to dzięki doświadczeniu z innej napisanej przez niego serii o równie zwariowanym bohaterze – Kaczorze Howardzie , który zresztą ma mały epizodzik w tym zeszycie. Historia zapowiada się ciekawie, mimo tego iż nasz bohater jest obecnie pozbawiony statku kosmicznego i niejako uwięziony na Ziemi, to nie ucieknie przed swoją przeszłością i dziedzictwem. W tle pojawia się postać księżniczki Victorii, siostry Petera, która obrała swojego brata za cel zemsty.

Od strony artystycznej komiks prezentuje się równie dobrze, chociaż tutaj też zaszły zmiany względem wcześniejszego wydawnictwa o Star-Lordzie. Tym razem za kreskę odpowiedzialny jest Kris Anka, który bynajmniej nie miał nisko zawieszonej poprzeczki przez swojego poprzednika, Javiera Garrona. Nowy rysownik doskonale panuje nad tym, co dzieje się na panelach i w bardzo fajny, dynamiczny sposób przedstawia scenę walki w barze, gdzie pijatyka Star-Lorda i Logana szybko zamieniła się w bijatykę. Na słowa uznania zasługuje też praca, jaką wykonał odpowiedzialny za kolory Matthew Wilson. Wszystko jest bardzo dobrze skomponowane, a odpowiednio dobrane barwy oraz gra światłem dodatkowo podkreślają stan ducha naszych bohaterów.

Jak zaczęła się recenzja, tak i będzie na końcu – Marvel przygotował mi świetny prezent pod choinkę w postaci tego komiksu. Niezmiernie cieszy mnie to, ile miłości otrzymują bohaterowie kosmicznej części uniwersum od artystów Domu Pomysłów. Właściwie wszystkie wydawane ostatnio serie, opowiadające o losach Strażników Galaktyki i postaciach z ich otoczenia, są na naprawdę wysokim poziomie. Te zeszyty stanowią świetną rozgrzewkę przed kolejnym spotkaniem z kosmicznymi kowbojami w kinie. Z czystym sumieniem zachęcam was do zapoznania się dalszymi przygodami Petera Quilla.

Autor: Failov

