„Marvel’s The Defenders” [Sezon I, odcinki 1-4] – Recenzja przedpremierowa

Marvel’s The Defenders
[Sezon 1, odcinki 1-4]

Daredevil, Jessica Jones, Luke Cage i Iron Fist. Czwórka ulicznych bohaterów znanych z poprzednich produkcji duetu Marvel/Netflix wreszcie łączy siły w walce przeciwko wspólnemu wrogowi. O tym właśnie traktuje serial The Defenders. Na tę chwilę byliśmy przygotowywani od ponad dwóch lat. Stawka jest wysoka, bo w grę wchodzi dobro Nowego Jorku, a w jego obronie staje niewielka grupka wspomnianych na początku super-indywidualistów, którzy o pracy zespołowej nigdy wcześniej nie słyszeli.

Zadanie wydaje się karkołomne, a przeciwnik wcale tego nie ułatwia, bo wszystko wskazuje na to, że ma przewagę pod każdym możliwym względem. Jak zatem podołać temu wszystkiemu i wyjść z tego cało? Na to pytanie będą musieli odpowiedzieć sobie główni bohaterowie The Defenders. Ja z kolei postaram się Wam powiedzieć, a raczej napisać, co sądzę na temat udostępnionych przedpremierowo przez platformę Netflix pierwszych czterech odcinków nowego serialu Domu Pomysłów.

Spokojnie, SPOILERÓW TU NIE ZNAJDZIECIE.

Akcja show zaczyna się niedługo po tym, co widzieliśmy w trakcie Iron Fista, czyli góra kilka miesięcy po. Każdy z „Obrońców” stara się robić to, co uważa, że wychodzi mu najlepiej. Na przykład – Matt poświęca się karierze adwokata, Jessica… degustuje alkohol w dość sporych dawkach, Luke chce po prostu być tym „dobrym gościem”, na którego można liczyć, a Danny, wspierany przez Colleen, ściga każdego, kto ma jakikolwiek związek z organizacją The Hand. Nuda? Tylko jeśli uważacie, że normalne życie jednostki, która do zwyczajnych raczej nie należy, jest nudne. Nie samą adrenaliną i pojedynkami człowiek przecież żyje, prawda?

Cały pierwszy sezon serialu ma liczyć osiem odcinków, co jest sporą zmianą względem jego poprzedników, które liczyły ich trzynaście. W związku z tym sądziłem, że już od samego początku akcja będzie rozwijać się w zastraszająco szybkim tempie, pomijając wszystko to, co dzieje się wokół, jedynie po to, aby uformować tytułowy skład.  Ku mojemu zdziwieniu – jest dokładnie na odwrót. Sam początek The Defenders ciągnie się niemiłosiernie. Jeśli można tak to ująć.

Przypomina to raczej miks czterech różnych historii wrzuconych do jednego wora. Jednak jako osoba śledząca Grę o Tron (zarówno w formie książkowej, jak i serialowej) byłbym nie fair, gdybym uznał to za znaczącą wadę. Wada to raczej zbyt wiele powiedziane. Prędzej byłoby to coś, na co człowiek się nie nastawiał. Dopiero jakoś w połowie drugiego epizodu wątki zaczynają się zawiązywać w jeden wyraźny, aby na jego końcu doszło do oczekiwanego przez wszystkich spotkania. Innymi słowy – idzie to wolno. Ni to negatyw, ni to pozytyw.

Z drugiej czy może nawet trzeciej strony i czysto subiektywnie – wolę jednak dobrze ukazaną problematykę niż bezsensowne mordobicie ku uciesze gawiedzi. Szczególnie wtedy, gdy miałoby to zniweczyć kilka lat pracy i łączenia ze sobą pewnych rzeczy. A tym, co jest tutaj najważniejsze pod względem czysto fabularnym i czemu poświęcono masę czasu w aż dwóch poprzednich seriach (Daredevil i Iron Fist), jest ugrupowanie Hand. Więcej nie zdradzę.

Tym co z kolei faktycznie może irytować, jest pewna zmiana w charakterze niektórych bohaterów. Matt najwięcej czasu spędza na martyrologicznym użalaniu się i obwinianiu za śmierć Elektry, co wpływa w równym stopniu na jego życie prywatne oraz na nocne eskapady jako Diabła z Hell’s Kitchen. Jessica po zawierusze z Killgravem stała się za to mniej przebojowa. Kobieta jest trochę bardziej przygaszona i mniej sarkastyczna (chociaż nadal ma swoje momenty). Nie ufa i nie wierzy w zasadzie nikomu, co zdecydowanie nie służy ani jej samej, ani jej karierze prywatnego detektywa. Sytuację ratują tu zdecydowanie Luke i Danny.

Ten pierwszy nie uległ w sumie żadnym udziwnieniom. To w dalszym ciągu troskliwy sąsiad i wzorowy obywatel, który pomoże każdemu w potrzebie, jeśli tylko jest w stanie. Mówiącym o tym drugim, należałoby zaznaczyć, że Rand nie jest już tym roztrzepanym chłopaczkiem, którego poznaliśmy w trakcie jego samodzielnych przygód. Od tamtego czasu zdążył on trochę ochłonąć i zmądrzeć. Daniel zaczął w końcu dostrzegać to, co dzieje się wokół niego. Tak samo jak doceniać tych, którzy go otaczają. Dlatego właśnie uważam, że najlepiej w tym momencie wypadają te sceny, gdzie dochodzi do jakichkolwiek interakcji pomiędzy Luke’iem a Dannym. Obaj po prostu wtedy błyszczą. Wtedy dostajemy wspólne przedrzeźnianie się, śmieszki i ironiczne przytyki. Widać, że twórcy serialu mocno inspirowali się komiksowymi odpowiednikami Power Mana i Iron Fista, którzy w tamtym uniwersum są najlepszymi kumplami, kompanami, a nawet współpracownikami.

Prócz nich pojawiają się także postaci drugoplanowe, znane z poprzednich serii, czyli Karen, Foggy, Trish, Malcolm, Jeri, Claire, Stick i wymieniona przeze mnie na samym początku Colleen. Trzy ostatnie są najczęściej obecne na ekranie w trakcie tych czterech odcinków. Dobrze jednak wiedzieć, że wszystkie te istotne dla protagonistów charaktery są tutaj obecne i powoli rozwijane w jeszcze większym stopniu.

W czterech wydanych wcześniej serialach laury zbierały przede wszystkim kreacje czarnych charakterów – Kingpina, Killgrave’a, Cottonmoutha i Harolda Meachuma. Wszystkie te cztery role zostały genialnie obsadzone, a aktorzy za nie odpowiedzialni wywiązali się ze swojego zadania śpiewająco. Czy tak samo jest w przypadku The Defenders? W momencie, w którym się znajdujemy, nie można na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie. Antagonistką jest tutaj niejaka Alexandra (w tej roli legendarna Sigourney Weaver). Wiemy o niej, że związana jest z Hand, lecz sama nie wzbudza takich emocji czy respektu jak chociażby Wilson Fisk czy serialowa wersja Purple Mana. Nawet sama jej prezencja/postawa nie powoduje zmiany naszego nastawienia wobec niej, a było to chyba najlepiej widoczne w przypadku Cornella Stokesa.

Mimo wszystko, Alexandra nie jest źle zagraną postacią. Co to, to nie. Po prostu każde jej pojawienie się obfituje raczej w sceny z dużą ilością ekspozycji i monologów, mających ukazać, jaka to niby potężna jest i czego to ona nie może osiągnąć małym nakładem sił/kosztów. Fakt, zdolności do manipulowania innymi nie można jej odmówić, ale niczym innym obecnie się nie wyróżnia. Ze względu na to, że nie nie jest to artykuł dotyczący serialu w całości, nie mogę tej postaci ocenić całkowicie negatywnie i finalnie. Daję jej szansę, gdyż aktorkę lubię i cenię, a poprzednie seriale Marvela/Netflixa miały niesamowicie rozbudowanych „złoli”. Mam więc nadzieję, że w drugiej połowie sezonu zostanę zaskoczony, a Alexandra szybko się rozkręci i pokaże trochę więcej pazurków.

Pora przejść do kwestii audio-wizualnych. Ten segment zacznę od absolutnie, ale to absolutnie fenomenalnego intra, którym serial się rozpoczyna. Kolorowe światełka wkomponowane w sylwetki bohaterów i naniesione na mapę Nowego Jorku, robią piorunujące wrażenia. W dodatku akompaniuje temu naprawdę klimatyczny utwór muzyczny. Całość powoduje prawdziwe ciary na całym ciele i to nie tylko za pierwszym razem, ale i za każdym kolejnym. Również cała wejściówka informuje nas o tym, że barwy będą odgrywać w The Defenders ogromną rolę. Każdemu bohaterowi poświęcono bowiem jeden kolor. Sceny z Mattem skąpane są w „diabelskiej” czerwieni. Jessica w swoich sekwencjach pławi się w granatach i fioletach. Luke’a oświetlają żółcie i pomarańcze, a Danny mieni się w różnych odcieniach zieleni. Jednak prawdziwą wisienką na torcie są te sceny, gdzie tytułowa czwórka ukazywana jest razem. Wtedy kolorowe filtry przenikają się, tworząc ucztę dla oczu i klimat, którego po prostu nie da się podrobić.

Na wyróżnienie zasługują także choreografie walk, które stoją tu na naprawdę wysokim poziomie. Podkreślają one przy okazji styl, jakim posługuje się dany heros. Danny i Matt jak przystało na zaprawionych w bojach wojowników, którzy byli szkoleni od małego, lawirują pomiędzy przeciwnikami z prędkością błyskawicy i zwinnością kota, wymierzając ciosy z gracją. Panowie skaczą i odbijają się od ścian niczym profesjonalni akrobaci, a w walce kręcą piruety i blokują uderzenia jak prawdziwi mistrzowie. W przypadku Matthew dostajemy też kilka ujęć z wyostrzającymi się zmysłami, a u młodego Randa ze świecącą pięścią. Na szczególne pochwały zasługują tu jednak pojedynki, w których bierze udział Daniel. Porównując je do tego, co widzieliśmy w Iron Fist, poziomem realizacji różnią się one kilkukrotnie. Chwała.

Luke i Jess jako Ci obdarzeni super-siłą wolą bardziej „pragmatyczne” podejście do tematu. Rzucanie po ścianach i większa doza brutalności są w dalszym ciągu obecne. Może nie jest to specjalnie wyrafinowane czy efektowne, ale na pewno działa, a potraktowani w ten sposób delikwenci nie mają nawet motywacji czy siły, aby się podnieść. Szkoda tylko, że przez te cztery epizody samych walk grupowych było tyle, co kot napłakał. Czekam z niecierpliwością na więcej, bo mieszanie różnych stylów prezentuje się wyśmienicie.

Po obejrzeniu odcinków 1-4 The Defenders mogę Was zapewnić, że to kolejny solidny, lecz nie idealny, oryginalny tytuł Netflixa i Marvela, który trzyma fason. Jednakże podkreślam, że moja ocena nie wynika z faktu obejrzenia całości, a połowy epizodów. Powodów do narzekań też nie ma wiele, bo są to wspomniane przeze mnie początkowo wolniejsze tempo i pewne zmiany w charakterze niektórych bohaterów. Najbardziej boli jednak średnio prezentująca się „zła” postać, która mam nadzieję ulegnie rozbudowaniu. A czy faktycznie będzie miało to miejsce, przekonam się wraz z premierą całego show 18 sierpnia. Na razie jestem zadowolony.


Autor: SQ


Za udostępnienie przedpremierowych odcinków do recenzji dziękujemy platformie Netflix Polska.

3
Dodaj komentarz

3 Wątki/tematy skomentowane
0 Odpowiedzi w temacie
0 Obserwujący
 
Komentarz z największą ilością reakcji
Najgorętszy komentarz
0 Komentujący
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o

T.A.R.C.Z.A. zmusiła nas do śledzenia twoich poczynań poprzez pliki cookie! Czym są T.A.R.C.Z.A. i pliki cookie dowiesz się tutaj.

Co to są pliki cookies? Cookies, zwane również ciasteczkami (z języka angielskiego cookie oznacza ciasteczko) to niewielkie pliki tekstowe (txt.) wysyłane przez serwer WWW i zapisywane po stronie użytkownika (najczęściej na twardym dysku). Parametry ciasteczek pozwalają na odczytanie informacji w nich zawartych jedynie serwerowi, który je utworzył. Ciasteczka są stosowane najczęściej w przypadku liczników, sond, sklepów internetowych, stron wymagających logowania, reklam i do monitorowania aktywności odwiedzających. Jakie funkcje spełniają cookies? Cookies zawierają różne informacje o użytkowniku danej strony WWW i historii jego łączności ze stroną. Dzięki nim właściciel serwera, który wysłał cookies, może bez problemu poznać adres IP użytkownika, a także na przykład sprawdzić, jakie strony przeglądał on przed wejściem na jego witrynę. Ponadto właściciel serwera może sprawdzić, jakiej przeglądarki używa użytkownik i czy nie nastąpiły informacje o błędach podczas wyświetlania strony. Warto jednak zaznaczyć, że dane te nie są kojarzone z konkretnymi osobami przeglądającymi strony, a jedynie z komputerem połączonym z internetem, na którym cookies zostało zapisane (służy do tego adres IP). Jak wykorzystujemy informacje z cookies? Zazwyczaj dane wykorzystywane są do automatycznego rozpoznawania konkretnego użytkownika przez serwer, który może dzięki temu wygenerować przeznaczoną dla niego stronę. Umożliwia to na przykład dostosowanie serwisów i stron WWW, obsługi logowania, niektórych formularzy kontaktowych. Udostępniający używa plików cookies. Używa ich również w celu tworzenia anonimowych, zagregowanych statystyk, z wyłączeniem personalnej identyfikacji użytkownika. To pomaga nam zrozumieć, w jaki sposób użytkownicy korzystają ze strony internetowej i pozwala ulepszać jej strukturę i zawartość. Oprócz tego, Udostępniający może zamieścić lub zezwolić podmiotowi zewnętrznemu na zamieszczenie plików cookies na urządzeniu użytkownika w celu zapewnienia prawidłowego funkcjonowania strony WWW. Pomaga to monitorować i sprawdzać jej działania. Podmiotem tym może być między innymi Google. Użytkownik może jednak ustawić swoją przeglądarkę w taki sposób, aby pliki cookies nie zapisywały się na jego dysku albo automatycznie usuwały w określonym czasie. Ustawienia te mogą więc zostać zmienione w taki sposób, aby blokować automatyczną obsługę plików cookies w ustawieniach przeglądarki internetowej bądź informować o ich każdorazowym przesłaniu na urządzenie użytkownika. Niestety, w konsekwencji może to prowadzić do problemów z wyświetlaniem niektórych witryn, niedostępności niektórych usług. Więcej na ten temat znajdziecie tutaj --> https://rodoporadnik.pl/polityka-prywatnosci-cookies/

Zamknij

Przeczytaj poprzedni wpis:
„Man-Thing #1-5” (2017) – Recenzja

Man-Thing #1-5 (2017) Potwór z bagien Na początku muszę zaznaczyć, że już od dziecka jestem fanką R.L. Stine’a. Niestety, nie miałam

Zamknij