KomiksyTeksty

„Ghost Rider. Duchy zemsty. Świt synów nocy” – Recenzja

Ghost Rider. Duchy zemsty. Świt synów nocy
Synowie nocy znów świtają

Wydawnictwo Mucha Comics dowiozło pod koniec czerwca (2025) historię Ghost Rider. Duchy zemsty. Świt synów nocy. Lubię ją od lat 90., gdy wyszła w Polsce w formie mocno pokrojonej jako jeden z numerów Mega Marvela. Zresztą nie tylko ona pojawiła się nad Wisłą – Dusze Venoma uzupełniające ten album też się ukazały w naszym kraju i to jako ważna rzecz, bo z okazji 50 numeru Spider-Mana (pamiętacie tę okładeczkę z hologramem?). A teraz mamy całość, obie w pełni i jeszcze z masą innych rzeczy, kontynuujących bezpośrednio tom Ghost Raider. I mnie to kupuje. Czy to jest jakieś cudo? Nie, ale każdy fan wie, że są takie komiksy, które czyta się dla fabuł, nawet jeśli szata graficzna, łagodnie mówiąc, pozostawia bardzo dużo do życzenia, i są komiksy takie, jak ten. Komiksy, w których nawet stricte pretekstowa fabuła nie ma dla nas większego znaczenia, bo i tak czytamy je przede wszystkim dla szaty graficznej i budowanego przez nią klimatu. I chociaż ci, którzy szukać tu będą ambitnych treści mogą poczuć się nieco zawiedzeni, miłośnicy opowieści graficznych z lat 90., kochający tamten styl i horror w superhero, znajdą tu dla siebie bardzo dużo i będą zachwyceni. A jeszcze te sentymenty u tych, którzy na komiksach z TM-Semic się wychowali już w ogóle zrobią robotę.


Kultowy klasyk po raz pierwszy w całości po polsku! John Blaze i Dan Ketch muszą znów połączyć siły, aby stawić czoła piekielnemu zagrożeniu, jakie stanowią Lilith – matka demonów – i jej przerażające potomstwo! Następnie bohaterowie biorą na celownik Wiedźmę i Trolla, ale nie są odosobnieni w tym pościgu. Na ich drodze staje bowiem Venom! A tam, gdzie pojawia się złowrogi symbiont, można liczyć również na obecność Spider-Mana.

Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w zeszytach serii: Ghost Rider (1990) #21–25, 28 i 31, Ghost Rider/Blaze: Spirits of Vengeance #1–6, Morbius: The Living Vampire (1992) #1, Darkhold: Pages from the Book Of Sins #1, Nightstalkers #1, Web of Spider-Man (1985) #95–96 oraz fragment z zeszytu Midnight Sons Unlimited #1.


Jeśli chodzi o treść, to lecimy tu dalej z tym, co już znamy. Główne wydarzenia zaś kręcą się wokół wielkiego zła, które nawiedza nasz świat. Ghost Rider szuka zemsty i nie spocznie, póki jej nie dokona. Ale zaczynają go nękać wizje powrotu Lilith – matki potworów. W obliczu takiego zagrożenia postanawia skorzystać z pomocy Johnny’ego Blaze’a. Problem w tym, że sami mogą nie dać rady. Tak zaczyna się wspólna szalona przygoda mrocznych bohaterów Marvela, której stawką są losy, jakżeby inaczej, świata!

Świt synów nocy (ach jakże pięknie kiczowato brzmi ten tytuł, prawda?) to marvelowski odpowiednik znanych z DC albumów typu Batman / Sędzia Dredd.  Niby jakaś fabuła tu jest, ale nie ma ona w zasadzie takiego znaczenia, jak mieć powinna. Z tym, że to nie zarzut, bo nie chodzi nam o odkrywczą treść i ambitne wątki, a dobrą zabawę. To, co dostajemy, ma być tylko pretekstem do zaserwowania nam konkretnej akcji i świetnych ilustracji i na tym polu rzecz sprawdza się dobrze. Owszem, nie porównam jej graficznie z pracami Bisleya, który ilustrował wspomniany wyżej crossover Batmana i Dredda, ale już do Batman kontra Predator jak najbardziej – w końcu i tamto dzieło robił Kubert i choć kolory w obu się różnią zasadniczo, wykonanie i klimat to perełka: facet znakomicie operuje światłem i cieniem, ma fajne ujęcia i widowiskowe sceny, a przy okazji to, jak rysuje Venoma czy Ghost Ridera, robi wrażenie. A inni artyści niemal mu dorównują, no może poza Saviukiem, u którego  za kolorowo i za kreskówkowo, jak na z założenia mroczną fabułę, ale i on ma w sobie coś z uroku kiczowatego oldschoolu.

Wróćmy jednak to treści. Mimo solidnej dawki fantastyki jest w tym tomie to, co polubiliśmy w poprzednim: sensacja, thriller, brud ulicy i tego, co pod nią. Rządzi tu event, gdzie mamy akcję bardziej epicką, rozległą, dziejącą się w różnych miejscach i sceneriach (od cmentarzysk, przez kanały, po skute lodem plenery), rozpisaną na wiele postaci, które tym mniej z nimi zaznajomionymi w pewnym stopniu przybliża. Tu zresztą niemal wszystko nosi taki znamię dużego wydarzenia, nawet te cztery zeszyty współdzielone ze Spider-Manem, gdzie poza Pajęczakiem czy Venomem mamy różne spiderowe Gobliny i solidną, pełną zwrotów akcję, gdzie na nudę nie ma miejsca, bo coś dzieje się tu zawsze, bez przerwy i na każdym kroku. A to, co pomiędzy, co dopełnia albumu (jest parę takich zeszytów – jest też kilka pominięć, a z tych pominiętych dwa znajdziecie w tomie X-Men Legendy: Jim Lee), nawet jeśli bywa wolniejsze pod względem tempa, pozostaje udane, nastrojowe i w dobrym stylu dopowiada coś do tego wszystkiego – choćby temat Deathwatcha wciąż jest tu rozwijany, ale do jakiego stopnia, czy zyskuje w końcu swój finał, cóż, to już musicie odkryć sami, spoilerować Wam niczego nie zamierzam.

Słowem podsumowania: warto. Może można było to wydać nieco z mniejszym rozmachem i taniej, ale cieszy już sam fakt, że rzecz mamy i to w tak dobrej, pełnej edycji. Dobra klasyka, dobrego komiksu, która znakomicie prezentuje się na półce. I, obok Tombstone’a, najlepsza rzecz, jaką Mucha wydała w tym roku od Marvela.


Autor: WKP


Mucha Comics

Egzemplarz recenzencki otrzymaliśmy dzięki uprzejmości wydawnictwa Mucha Comics. Jeśli recenzja przekonała Was do zakupu – serię/tom możecie nabyć tutaj.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x