„The Fantastic Four: First Foes” #1 (2026) – Recenzja
The Fantastic Four: First Foes #1 (2026)
Kino w komiksie
Marvel znów to robi. Co takiego? A no odcina kuponiki od kinowego filmu o Fantastycznej Czwórce (The Fantastic Four: First Steps), robiąc komiks osadzony w tym uniwersum. Już kiedyś tego próbował i wyszło marnie. Teraz jest lepiej, nadal jednak to opowiastka, która może i pasuje do filmu i jego fanom się spodoba, ale do naprawdę dobrego komiksu brakuje jej i to dużo.
FROM THE WORLD OF THE CINEMATIC MASTERPIECE! Return to the universe of the legendary film in the first of a series of specials!! On Earth-828, a cosmic mishap has transformed four brave astronauts into the world’s champions and protectors. They are the Fantastic Four – but one person isn’t happy about things. He’s known as the Mad Thinker, and he’s determined to get his proper due by turning the city of tomorrow against its heroic patrons!
Możecie się ze mną zgodzić albo nie, ale zdania nie zmienię: najnowszy film Fantastyczna Czwórka to był zawód i tyle. Okej, nadal to najlepsza produkcja z tymi postaciami, ale to nie znaczy, że było z tego dobre kino. Wizualnie niezły, ale tylko niezły, ciekawie czerpiący z estetyki lat 60., ale w równej mierze zabijający ją współczesnym efekciarstwem tam, gdzie aż prosiło się o oldschoolowe efekty, aktorsko rzec zbyła bardzo nijaka, a fabularnie… Oglądałem to całkiem niedawno w streamingu i zero film pamiętam, tak był przeciętny. A ten komiks jest podobny.
To rzecz stricte dla fanów kinowego obrazu i tyle. Ten świat, ta estetyka i podobna nijakość. Slott, jak to Slott, nie robi nic oryginalnego, chociaż w sposób lekki i całkiem szybko wchodzącym. Tak, jak jednak zawodził pisząc o FF (pamiętacie kiepściznę Empireum?), tak i zawodzi tu. Ta historia ma pewne niezłe momenty, pozostawia też uczucie niedosytu, ale złożona jest z samych klisz i frazesów. Choć wchodzi naprawdę nieźle, nie wywołuje emocji ani nie porywa.
A graficznie to nie moja bajka. Kreska miała być popartowa, ale coś nie pykło. To jakby underground próbował udawać taką estetykę, ale jej nie czuje. Rysunki same w sobie niezłe są i gdyby ilustrowały inną fabułę, byłoby dobrze. Tu jednak nie tego było potrzeba i to wszystko się ze sobą gryzie. Ot taki miszmasz złożony z elementów, które mogły być fajne (rysunki, pójście w klimat lat 60., zabawa motywami FF itp.), ale wrzucone razem do jednego wora, są jak jajecznica na boczku, którą ktoś polał czekoladą. Niby wszystkie składniki lubię, ale razem są niestrawne. Chociaż zdaję sobie sprawę, że jeśli komuś film się podobał, tu również będzie się dobrze bawił, a może nawet rzecz go zachwyci.
Autor: WKP




