SerialeTeksty

„Daredevil: Born Again” [Sezon 2] (2026) – Recenzja

Daredevil: Born Again [Sezon 2] (2026)

Premiera drugiego sezonu Daredevil: Born Again już za nami. Przez ostatnie kilka tygodni fani Marvela żyli wydarzeniami z tej produkcji i wielu nadal nimi żyje, a skoro znamy już całą historię, jaką twórcy postanowili nam przedstawić w tym sezonie, nadszedł czas podsumowań… Ale to za moment.

Bardzo istotnym czynnikiem wpływającym na to, w jaki sposób dana osoba odbiera produkcje filmowe czy serialowe, jest jej nastawienie do danej produkcji. W związku z tym dobrze by było, abyście poznali moje zdanie o pierwszym sezonie oraz oczekiwania, z jakimi podchodziłem do kontynuacji, zanim poznacie moją opinię o najnowszej premierze MCU prosto z platformy Disney+. Zwłaszcza że zdecydowanie jest tu o czym mówić.

Pierwszy sezon Daredevil: Odrodzenie to kawał dobrego serialu. Zaczyna się wręcz świetnie, bowiem przez pierwszą połowę sezonu obserwujemy jak Matt Murdock i Wilson Fisk zmieniają swoje życia i starają się uciekać przed swoją przeszłością, a scenarzyści otoczyli te wątki masą kapitalnych pomysłów (patrz: odcinek trzeci). Niestety osobiście uważam, że kiedy wewnętrzne mury padają i zbliżamy się coraz bardziej do powrotu statusu quo, serial nieco wytraca tempo i nie robi już tak dużego wrażenia, ale to nie zmienia faktu, że jest strasznie wciągający. Dostajemy tutaj intrygujący rozwój konfliktu wewnętrznego Matta i powolne ujawnianie długofalowych planów Fiska, a to wszystko pokryte całą masą nawiązań do prezydentury Donalda Trumpa i obrazem upadku wszelkich struktur władzy. Niestety, dochodzi do tego kilka drobnych dziur fabularnych, średnio potrzebnych wątków, wiele uproszczeń i romans, co do którego mam masę wątpliwości. No i Punisher. Potwornie irytujący Punisher, żeby być bardziej dokładnym. Ale pomimo wszelkich problemów fabularnych jest to wciąż dobry sezon, którego finał umacnia połączenie pomiędzy światem fikcyjnym a obecną rzeczywistością Stanów Zjednoczonych, czym automatycznie stawia przed sezonem drugim niezwykle ambitne zadanie – przedstawienie takiej drogi do wyjścia z całego tego zamieszania, że nawet przy obecnych nastrojach społecznych będziemy w stanie to kupić. Czy się udało?

Nie. Nie udało się. Warto pochylić się nad tym, dlaczego, co zaraz zrobię, ale odpowiedź jest jasna. Przez większość sezonu historia była na całkiem niezłej trajektorii, ale niestety wszystko się rozpadło w finale. Scenarzyści chyba uznali, że mają na ten sezon wyznaczone konkretne cele i takie nieznaczące kwestie jak logika nie mogą pokrzyżować im planów. Tak, to będzie jedna z tych niepochlebnych recenzji drugiego sezonu Daredevil: Odrodzenie. Zacznijmy może od przeanalizowania po kolei wszystkich najważniejszych postaci.

Matt Murdock to potencjalnie moja ulubiona postać Marvela. Absolutnie fascynujący człowiek ze złożonymi motywacjami i masą konfliktów wewnętrznych wynikających z tego, że nie ucieka przed zadawaniem sobie trudnych pytań. To, że dostaliśmy już kilka sezonów opowiadających o jego działalności i przedstawiających go w kapitalny sposób to jedno z największych osiągnięć scenopisarskich w historii MCU. Niestety, rola scenarzysty jest o tyle trudna, że jeżeli on sam czegoś nie dostrzega, to napisana przez niego postać nie ma jak tego dostrzec. W związku z tym Matt w tym sezonie wypada znacznie gorzej niż zwykle.

Jednym z najciekawszych elementów tej postaci było dla mnie zawsze to, jak jest on w stanie łączyć bycie prawnikiem z byciem Daredevilem. W tym sezonie ta symbioza przestała istnieć ze względu na sytuację, jaka zaistniała w Nowym Yorku, co jestem w stanie zrozumieć i nie zamierzam się tego wielce czepiać, ale muszę przyznać, że trochę mi tego balansu brakowało. Prawdziwym problemem jest natomiast to, że Matt wpadł w klasyczną pułapkę religii .Przestał się zastanawiać nad swoimi wartościami, bo przecież są one już ustalone. Niby w rozmowie z Karen mówi wprost, że codziennie myśli nad tym, czy nie złamać piątego przykazania, ale jako widzowie poza jedną sceną kompletnie tego po nim nie widzimy. Potwornie mi tego brakowało przez cały sezon, bo Matt momentami zdaje się zapominać, że zasady działają tylko wtedy, kiedy są odpowiednio dopasowane do kontekstu otaczającego je świata, a ten świat nieustannie się zmienia. Jego trzykrotnie uratowanie życia Fiskowi to totalny absurd, który mógłby nabrać sensu tylko w jednym możliwym przypadku, a ten nie dochodzi do skutku i to za sprawą samego Murdocka. Karen bardzo słusznie wypomina mu absurd jego działań, lecz niestety po chwili się poddaje, w efekcie czego cała tamta scena wygląda jak rozmowa scenarzystów z częściami ich mózgów które odpowiadają za logiczne myślenie. Emocje klasycznie wygrywają. Do Charliego Coxa nie mam pretensji o ten sezon, wykonał świetną robotę, po prostu tym razem scenariusz nie dowiózł.

Wilson Fisk wypada w tym sezonie nieco mniej imponująco, niż zwykle, ale to wciąż klasa sama w sobie. Vincent D’Onofrio jest kapitalny jak zawsze, a sam Kingpin jest bardzo przekonujący, ale niestety mam poczucie, że ma tu trochę za mało do roboty. Oczywiście, rozumiem, że nowe stanowisko w pewien sposób zmienia dynamikę tej postaci i jej rolę w całej historii, w związku z czym nie mam tu specjalnych zastrzeżeń, ale czegoś mi w Wilsonie tym razem zabrakło. Tylko minimalnie, ale jednak. Natomiast Vanessa Fisk dostaje w najnowszym sezonie Daredevila całkiem sporo miejsca by się pokazać i dobrze z niego korzysta. Bardzo podobało mi się to, co zrobiono z jej postacią w poprzednim sezonie, a ten zdaje się naturalnie to kontynuować. Vanessa pełni tu konkretną rolę i świetnie się w niej spełnia, a jej relacja z Wilsonem kupuje mnie od pierwszej do ostatniej sceny.

Bullseye. Benjamin Pointdexter stał się w ostatnich dwóch sezonach postacią jeszcze ciekawszą od tej, którą oglądaliśmy w serialu od Netflixa. Nie ukrywam, że nie kupiło mnie to, że przeżył sam początek poprzedniego sezonu i miałem poważne wątpliwości co do jego dalszej drogi, ale Wilson Bethel robi kapitalną robotę przedstawiając tę postać i niejednokrotnie nadrabia za scenariuszowe głupoty czy dowody lenistwa twórców. Niestety takich dowodów nie brakuje, bo mimo że Bullseye jest bardzo ciekawy sam w sobie, a jego krucjata nawet mnie przekonuje, to ostatecznie nie sposób nie dostrzec tego, że jego relacja z Mattem to jedna wielka kopia relacji Daredevil-Punisher z drugiego sezonu sprzed lat. Dodatkowo w kwestii polowania na Fiska scenarzyści robią z niego idiotę, który podejmuje próby działania tylko w bardziej oczywistych i przewidzianych przez Kingpina momentach, nawet nie próbując skorzystać z innych okazji. Gdyby ta postać miała jeszcze masę innych rzeczy do roboty w tym sezonie, to jeszcze miałoby to sens, ale skoro jego niemal jedyną misją jest zabójstwo burmistrza, to w tej kwestii scenariusz jest nie do wybronienia.

Heather Glenn. Absolutna tragedia. Heather była w poprzednim sezonie naprawdę ciekawą postacią, choć miałem mieszane odczucia co do jej romansu z Mattem, ale to, co zrobili z nią scenarzyści drugiego sezonu woła o pomstę do nieba. Zamiast inteligentnej psychoterapeutki, która rozumie niuanse i wdaje się w liczne dyskusje z Mattem, mając przy tym sporo racji, w nowy sezonie dostajemy zawziętą i skorumpowaną kobietę, która nie ma najmniejszych zahamowań przed pracowaniem dla faszysty i bezwstydnym niszczeniem wymiaru sprawiedliwości od środka. Wiele zmian w psychologii postaci można wyjaśnić traumą, ale w tym przypadku twórcy przesunęli tę granicę zdecydowanie za daleko i stało się to kompletnie nieprzekonujące.

Daniel Blake jest prosty, a jednak złożony; niemoralny, ale nie do końca zepsuty. To postać, na przykładzie której twórcy świetnie pokazują nam mechanizmy działania osób, które dotarły wyżej, niż można było się tego kiedykolwiek spodziewać, jak i ogólnie ludzi zajmujących wpływowe stanowiska. Daniel jest przerażony działaniami burmistrza, ale robi wszystko, co może, żeby wypierać ten strach, bo postrzega swoją sytuację jako ogromną szansę. Ciągłe życie pod dużą presją i nawał obowiązków sprawiają, że bardzo powoli dociera do niego to, że jego sukces może szybko obrócić się przeciwko niemu. Usilnie próbuje wypierać emocje i sprawiać wrażenie perfekcyjnego profesjonalisty, lecz w przeciwieństwie do takich osób jak Buck nie zatracił się jeszcze w chłodnej kalkulacji. Michael Galdolfini prezentuje się w tej roli absolutnie świetnie, a scenariusz jest po jego stronie, dzięki czemu Daniel jest jednym z najjaśniejszych elementów najnowszego sezonu Daredevila – tak samo, jak miało to miejsce w poprzednim sezonie. Jest on również ostatnią postacią tego sezonu, która zasługuje na własny akapit.

Jeżeli chodzi o resztę postaci, to nie mam o nich wiele do powiedzenia. Cherry niemal nie posiada charakteru, Karen działa w relacji z Mattem i trochę z przyzwyczajenia, BB jest okej (tutaj był potencjał na więcej), Buck to bardzo solidny następca Wesleya, Pan Charles pełni tu banalnie prostą i trochę niepotrzebną rolę, Jessica Jones to cameo pod mało wymagających widzów, a nieliczni funkcjonariusze bojówek Fiska, którzy dostali nieco charakteru, przyzwoicie działają w swoich rolach, ale to akurat prosiło się o coś więcej. O pozostałych postaciach pojawiających się w tym sezonie nie mam dosłownie nic do powiedzenia.

Zbliżając się wreszcie do podsumowania, czas aby zadać kluczowe pytanie – co z resztą Ameryki? Uwierzenie w to, że nikt z zewnątrz nawet nie próbował interweniować (i mam tu na myśli zarówno osoby postawione wyżej, niż pani Gubernator, jak i zwykłych obywateli), stanowi dla mnie poważne wyzwanie. Oczywiście należy pamiętać, że Fisk robi w tym sezonie brudne interesy z CIA, co z pewnością oznacza, że jest bardziej chroniony, ale to nie jest powód, żeby w ogóle nie poruszyć tematu wydarzeń w Nowym Jorku z zewnętrznej perspektywy przez cały sezon. Dodatkowo, skoro już dorzucono tu wątek agencji, to powinien on zostać poprowadzony konsekwentnie do końca, a tak się nie stało i do czego przejdziemy za moment.

Pomimo całej masy problemów, kilku potwornie zmarnowanych postaci i licznych drobnych głupotek, przed finałowym odcinkiem byłem wciąż względnie pozytywnie nastawiony do całego tego sezonu. Niestety finał to zmienił, bowiem dostaliśmy w nim potwornie leniwie napisane sceny procesu sądowego oraz absurdalną kulminację problemów z relacją Matta Murdocka z Wilsonem Fiskiem. Powiedzmy sobie coś wprost, bo na tym etapie to już nie pozostawia najmniejszych wątpliwości – Kingpin nie kocha Nowego Jorku. Jego relacja z tym miastem była dość złożona od samego początku, gdy tę postać tylko wprowadzono na ekranach, ale gdzieś po drodze ciekawe niuanse wyrzucono przez okno i wszystko stało się jasne. Twierdzenie, że Fisk naprawdę kocha swoje miasto jest tym bardziej absurdalne, że ten sezon jeszcze dobitniej od poprzednich pokazuje, że jest on zdolny to prawdziwej miłości (mowa oczywiście o Vanessie), a jednocześnie pokazuje, że Wilson absolutnie nie okazuje niczego podobnego miastu, którego został burmistrzem. Zwracam na to uwagę dlatego, żebyście mogli w pełni zrozumieć moje załamanie zakończeniem tego sezonu, które według mnie obraża inteligencję widza.

Jak już wspomniałem znacznie wcześniej – na przestrzeni ostatnich dwóch sezonów Matt Murdock uratował życie Kingpina 3 razy, wliczając rozgonienie tłumu protestujących w finale. Dodatkowo aktywnie przekonywał Pointdextera do porzucenia planów dotyczących zabicia burmistrza i kategorycznie odrzucał uzasadnioną krytykę Karen. Trzymał się swoich zasad niezwykle kurczowo i coraz bardziej ślepo, ale pomimo tego wciąż mógł osiągnąć sukces – wysłać Fiska do więzienia na resztę życia. Nie zrobił tego jednak, bo…? No właśnie, bo co? Od której strony wysłanie Kingpina na permanentne wakacje bez żadnych konsekwencji miałoby go satysfakcjonować? To nie ma najmniejszego sensu, niezależnie od tego z której strony by na to nie spojrzeć. Więcej, jest to naplucie w twarz wszystkiemu, w co wierzy Matt. Możemy dyskutować o tym, czy Fisk mógł się wywinąć od konsekwencji, używając argumentu typu „bogaci i wpływowi ludzie często unikają konsekwencji swoich czynów, nawet jeżeli wszystko zostanie udowodnione”, ale NIE MA MOŻLIWOŚCI, żeby Murdock dobrowolnie zaakceptował coś takiego. To zakończenie sprawia, że zwyczajnie nie mam już najmniejszej ochoty oglądać kolejnych sezonów i kompletnie nie rozumiem masy pozytywnych opinii widocznych w sieci. A to nawet nie jest ostatni logiczny problem tego sezonu. Ostatnim problemem jest to, że scenarzyści oczekują od nas, że uwierzymy w to, że CIA postanowiło nie usunąć człowieka, który ma ogromną wiedzę o ich brudnych interesach, po tym, jak ten stracił stanowisko i został wysłany na „wygnanie”. Szanujmy się, przecież oni nawet nie daliby mu dolecieć na miejsce.


Autor: JJ

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x