„Marvel/DC: Spider-Man/Superman” #1 (2026) – Recenzja
Marvel/DC: Spider-Man/Superman #1 (2026)
Super Pająk?
Niezłą ekipę zmontowaliście – chciałoby się powiedzieć. Niezłą, bo obok (skupię się na razie na scenarzystach) wielkich twórców (Bendis, Loeb), mamy nazwiska, które częściej zawodzą, niż dają coś fajnego (Slott, Aaron, Philips, Kelly) i paru niezłych, ale niewybitnych, mniej lub bardziej kultowych twórców (Johns, Simonson, Meltzer). Efekt? Całkiem ciekawy komiks, ale to znów w zasadzie taka antologia, w której zabrakło miejsca na dobre rozbudowanie historii, więc odcina się kuponiki i jedynie to, co zrobiła wspomniana przeze mnie na wstępie dwójka (plus Meltzer) jest warta uwagi. Oto Marvel/DC: Spider-Man/Superman #1.
THWIP, THWIP AND AWAY! Fifty years ago, DC’s Man of Steel met Marvel’s friendly neighborhood wall-crawler, and the world of comics has never been the same! In celebration of that historic milestone, thrill to ALL-NEW tales of Spider-Man and Superman and their friends and foes!
- Brad Meltzer and Pepe Larraz pit Spider-Man and Superman against Lex Luthor and Norman Osborn as their greatest villains exploit some of their greatest weaknesses!
- In the shadow-laden 1930s, Spider-Man Noir encounters the original Golden Age Superman as told by Slott/Martin!
- A crisis ensues as Johns/Frank bring the Super- and Spider-families against each together at the summons of Mysterio… but is their true foe an ally out of control?!
- Symbiote hordes invade Metropolis as a new War of the Realms ignites in Aaron/Dauterman’s epic.
- Co-creator of Steel Louise Simonson hammers out the tale of John Henry Irons’ clash with the Hobgoblin, as drawn by Todd Nauck!
- Kelly/Ramos take us on a campus crossover between Gwen Stacy and Lana Lang!
- Miles Morales (Spider-Man) teams with Superman, as Bendis and Pichelli re-team!
All this, and more than a few super-surprises you’ll be talking about for the next fifty years!
Ten komiks to, śmiało można tak powiedzieć, czysty fanserwis. Nawrzucano tu postaci – a te cierpią, bo na małej ilości stron tłum staje się bardzo nijaki. Coś tam twórcy mają nadzieję, że to, iż my te postacie znamy, wiemy jakie są etc., pozwoli im pominąć zupełnie charaktery i skupić się na akcji, ale niestety nie działa to tak, jakby chcieli. Skupiają się na akcji, maskują, ale niestety niemal w każdej opowiastce czuć, że podbudowa leży i kwiczy.
No ale jednocześnie jest w tym sporo frajdy, bo na stronach zobaczymy całą masę atrakcji, o których nie chcę Wam tu za wiele mówić, ale… No bywa to fajne. Wiadomo, takie rzeczy zawsze się nieźle sprawdzają, fani lubią popatrzeć na wariacje na temat swoich ulubionych postaci, a chociaż to, co się tu dzieje kanoniczne nie jest i pochodzi w większości z alternatywnych wersji uniwersów, może dostarczyć porcji przyjemności. Podobnie, jak wszystkie te team-upy, których też nie brakuje. Ale jednocześnie widać w tym przesadę, przeładowanie, przesyt. Twórcy nie mają za wiele do powiedzenia, szafują więc takimi atrakcjami i na pierwszy rzut oka może to robić robotę, ale niestety na dłuższą metę okazuje się, że fabularnie ten komiks to tylko ciekawostka, z której nic w zasadzie nie wynika.
Graficznie? No tu jest różnie, są dobre ilustracje, gdzie jest na co popatrzeć, jest też sporo słabizny, która zniechęca do czytania (Nauck…). Bywa też, że mamy dobrych twórców, ale jednak jakby im się nie chciało albo po prostu ich styl do tego wszystkiego nie pasował. W większości jest przyjemnie, ale nie ma cudów. Choć i tak, jak na taki komiks nie jest źle. Ale nic to nadzwyczajnego. Lepsza rzecz od ostatnich Black, White and Blood, ale poziomem jak Amazing Fantasy #1000, a nawet i nieco słabiej jest.
Autor: WKP

























