„What If…? Uncanny X-Men” #1 (2026) – Recenzja
What If… Uncanny X-Men #1 (2026)
X
Duggan i pisanie poważnych historii nie idą ze sobą w parze, co udowodnił nam wiele razy. Tym razem idzie jeszcze dalej i serwuje nam iście absurdalną, przeładowaną i pozbawioną większego sensu i logiki opowieść, która mogła być fajna, ale niestety, nie w jego wykonaniu. Oto komiks What If…? Uncanny X-Men.
Imagine a world where Madelyne Pryor, the Goblin Queen, had survived the Inferno. What would have happened if Cyclops had saved her soul? What would have happened if he and Maddie had raised their son, Nathan Summers? What would that world look like? And why would that be the most terrible thing to happen to mutantdom and Earth itself?
Co tu dużo mówić, ten komiks jest tak przekombinowany, że czyta się go w zasadzie, jak komedię, chociaż nic śmiesznego tu nie ma. Problem z nim jest taki, że Duggan im bardziej dramatyczny stara się być, im mocniej podbija stawkę, tym bardziej żałośnie to wychodzi. Nie chcę Wam zdradzać poszczególnych scen, bo nie o to chodzi, ale aż trudno powstrzymać się przed podaniem kilku absurdów, jakie leją się ze stron komiksu.
U podstaw i założeń ten zeszyt jest jednak niezły. Fajny powrót do fajnego okresu w dziejach mutantów – przynajmniej tak mogło być, ale niestety, Duggan nie potrafił nic z tego wycisnąć. Wiedząc, że nie zbuduje dobrych postaci i relacji między nimi, postawił na podbijanie stawki i kolejne coraz poważniejsze, większe, bardziej epickie wydarzenia, aż do finału, który miał nas ruszyć, być mocny i w ogóle, a przyjmuje się parsknięciem śmiechu i wzruszeniem ramion.
Graficznie jest przyjemnie i to doceniam, ale niestety na tym plusy się kończą. Czy What if… kiedykolwiek było wielkie? A no nie, to zawsze tylko takie ciekawostki, bez znaczenia, ale stawały się wiele razy inspiracją dla różnych serii (choćby dla przygód Thor Grmowładnej) i dawały na krótki moment nieco frajdy. Ten zeszyt zatracił nawet to.
Autor: WKP





