KomiksyTeksty

„Imperial Guardians” #1 (2026) – Recenzja

Imperial Guardians #1 (2026)
Na straży wtórności

Dan Abnett. Ja wiem, że gość pisze dużo, książki, komiksy, coś przy grach się udzielał (dialogi w Cieniu Mordoru) i że sporo kultowych rzeczy robił, ale… No właśnie. Spod jego ręki wychodziły niemal zawsze do bólu typowe, przeładowane topornymi dialogami opowiastki. Chyba jedyne, co mu się udało to Punisher: Year One (choć jednocześnie w podobnym czasie zaserwował kiepski Punisher: Eurohit) i Imperatyw Thanosa (po tym, jak zanudzał nas wcześniej Strażnikami Galaktyki, Anihilacją: Podbojem czy Wojną królów). A teraz wraca do kosmosu Marvela w Imperial Guardians i robi to, co umie najlepiej – toporną opowiastkę, która męczy.


Gamora, Captain Marvel, Amadeus Cho, Darkhawk, Cosmic Ghost Rider! Five unlikely operatives recruited by Maximus of the Inhumans. Their mission? Protect the delicate balance of new Galactic Union by ANY means necessary…and failure is NOT an option. Expendable, deniable and disavowed, they are the Imperial Guardians. But can they do Maximus’ dirty work and keep their consciences clean? Why has a Kree Grand Admiral gone rogue and attacked Hala? What’s going on with Darkhawk’s mind? What deluded fool thought COSMIC GHOST RIDER was a team player? And, most importantly…what kind of game is Maximus REALLY playing?


Ten komiks jest, jak w zasadzie wszystkie inne Abnetta. Już abstrahując tego, co napisałem powyżej, to po prostu wtórna rozrywka. Gość, który ładnych parę lat temu do życia powołał współczesnych Strażników Galaktyki (nie oszukujmy się, ich pierwsze przygody tak się mają do obecnych, jak wczesne komiksy z Deadpoolem do Najemnika z nawijką, jakiego znamy dziś), chyba za tym tęskni, bo znów robi nam powtórkę z rozrywki i serwuje niezgraną ekipę mającą robić swoje w kosmosie. Zbędnie. To, co udało się kiedyś – acz i tak za sprawą innych scenarzystów, którzy dopiero wykorzystali potencjał postaci i ustalili ich należyty status quo – tu jest niewypałem, choć mamy paru bohaterów, których lubię, jak choćby Cosmic Ghost Rider.

Jeśli chodzi o wykonanie, to o ile sam pomysł nie jest jakiś zły, to już dialogi mamy sztywne, zdania bardzo proste, a całość sprawia wrażenie, że Abnett celował w dziecięcego odbiorcę, bo infantylności tu sporo. A graficznie to rzecz nijaka, typowa dla komiksów o kosmosie Marvela, które pisał Abenett, serio, jakby czas zatrzymał się na początku XXI wieku, czyli mamy niedopracowaną kreskę i przesadzony kolor, który ma zamaskować niedociągnięcia, ale i maskuje też wiele rzeczy, które mogłyby być dobre. Przeczytać co prawda się da, zębami nie zgrzytałem, ale niektórzy twórcy i ich opowieści powinny pozostać w szufladce „było, minęło”. I tak jest w tym przypadku.


Autor: WKP

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x