KomiksyTeksty

„Wolverine: Weapons of Armageddon” #1 (2026) – Recenzja

Wolverine: Weapons of Armageddon #1 (2026)
Nienajlepszy w tym co robi

Chip Zdarsky to taki facet, który – parafrazując słynny cytat z Wolverine’a – nie jest najlepszy w tym, co robi, ale za to to co robi jest wtórne i sztampowe. No i właśnie znów to udowodnił, serwując nam Wolviego, który posklejany został ze wszystkiego, co już było, uzupełnionego o kiepskie pomysły i niską jakość wykonania.


ARMAGEDDON STRIKES THE MARVEL UNIVERSE! Superstar writer Chip Zdarsky and dynamic artist Luca Maresca kick off a game-changing new saga! When an old acquaintance drags Logan into the search for a new abducted mutant subject, the terrifying methods of the defunct Weapon X program are revealed to be alive and well. As Wolverine follows the scent of the feral Tyler – and the scent of his own trauma – he finds himself in a deadly race against a super-soldier-creating corporation called PRIMEWARRIOR…which has just hired a very familiar face: the fully armed and upgraded NUKE! Don’t miss the first chapter of the biggest Wolverine story in years, one that will have a major impact on the future of the Marvel Universe!


Zdarskyemu zamarzyło się swoiste zabawienie Bronią X, tak, jak swego czasu (Diabelskie rządy) zamarzyło mu się zabawić (czyt. splagiatować) Wojną domową. Efekt? W obu przypadkach bardzo słaby, oparty na motywach, które były już tyle razy, że stały się kliszą, a w jego wykonaniu na dodatek zmieniają się z odgrzewanego kotleta, w kotlet przypalony, a przy okazji doprawiony rzeczami, które do kotleta nie pasują – a przynajmniej on nie umiał ich dobrać.

Znów mamy polowanie na mutantów. Znów mamy Weapon X. Znów mamy przeszłość, traumy etc. No i zero w tym ciekawego. Tu wszystko jest złożone z najbardziej tandetnych schematów, klisz i ogranych motywów. Dorzuca do tego urządzenia mogące dać ludziom moce (serio…) i próbuje stworzyć konkretną akcję, ale płaskie to to wszystko, nijakie, tanie i po prostu słabe. Nic tu nie ciekawi, nic nie intryguje, nie wciąga. Nie ma napięcia, postacie, a zwłaszcza Tyler, są nijakie i bez charakteru, temat traum, który jest intrygujący w założeniu, w wykonaniu wypada nijako, a wciśnięcie w to wszystko Origin Boxes, które od początku były słabym pomysłem, kiedy pojawiły się w serii o Moralesie, to nie tylko pójście na łatwiznę, ale i pokazanie, że nie ma tu co liczyć na gram inwencji.

Dorzućcie do tego drętwe, często wciskane na siłę teksty, które burzą akcję, bo są w danych scenach zupełnie zbędne i rysunki, które wypadają zbyt kreskówkowo i mangowo, by oddać powagę, jaką powinna mieć opowieść o Wolviem (chociaż kolor jest tu całkiem dobry i buduje niezły klimat, ale nie zmieni przecież całej kreski), a dostaniecie komiks zbędny. Coś, co miało wywrzeć wielki wpływ na przyszłość Marvela, ale jeśli ma ona wyglądać tak, jak ten zeszyt, cóż, ja wysiadam.


Autor: WKP

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x