„X-Men Annual” #1 (2026) – Recenzja
X-Men Annual #1 (2026)
Meta X-Men
X-Men Annual #1 (2026) to kolejny komiks od Marvela, który mógł w ogóle nie powstawać, a nic byśmy nie stracili. Z jednej strony to historia, która i tak nie wnosi nic do opowieści, więc pod względem znaczenia dla serii jest zupełnie zbędna. Z drugiej to rzecz, która jest tak nijaka, że nic w zasadzie nas nie obchodzi. Co prawda tę metafikcyjną bzdurkę czyta się szybko, ale i tak nie wynosi z tej lektury w zasadzie nic.
When an all-new mutant menace known as the Creationist forces four artists to visualize monsters that tear through reality, the X-Men must survive an attack where imagination itself becomes the enemy. Now they have to stop the Creationist before his nightmare visions consume the world in an epic issue featuring several superstar guest artists.
Ryan Stegman to rysownik i to też nie najlepszy. Scenarzysta z niego żaden jednak i to wyraźnie pokazuje ten właśnie komiks. Pomysł metafikcyjnej akcji nie jest niczym świeżym – Deadpool, Lobo, Kaczor Howard czy Gwenpool udowodnili to nie raz, nie dwa. Próbowano tego nawet na gruncie poważnych opowieści (pamiętacie Fantastyczna Czwórka: Uzasadniona interwencja? Tam mieliśmy z tego bardzo ładny hołd dla artysty, ale niestety, nawet scenarzysta pokroju Waida przedobrzył i nie uciągnął tematu), ale chyba tylko raz taka rzecz się udała: w miniserii 1985. Tu nie wyszła zupełnie.
Stegman co prawda bawi się swoją opowieścią, jak dzieciak zabawkami, ale jest z nim jeden problem: bawi się sam. Nas do zabawy nie zaprosił. Złapał zabawki i macha nimi, a my mamy tylko patrzeć. Nie gra na sentymentach, nie próbuje zapewnić nam epickiej rozrywki. Po prostu liczy, że jego własna zabawa wystarczy. I by wystarczyła, gdyby był dobrym scenarzystą, a tak jest tylko akcyjniak napisany tak drętwo, jakby to była scenariusz gry bez większej fabuły. I czasem można odnieść wrażenie, że to komedia, ale niestety nie śmieszy. A jak na poważny komiks, nie ma w nim powagi.
Graficznie nie jest źle, nastrojowo, ale mi ta kreska jakoś nigdy nie podchodziła. Kiedyś Stegman rysował gorzej, poprawił się, a kolor jeszcze to podciąga, ale nadal ma taką manierę, której nie lubię. Nie jest jednak źle, ba, jak na niego to dobrze nawet, ale nic poza tym.
W skrócie: od biedy można, jeśli lubicie metafikcyjne opowieści, niemniej jednak są komiksy dużo lepsze w tym temacie. Marvel znów odcina kuponiki, a całość jest po prostu zbyt nijaka, by mnie zadowolić.
Autor: WKP



