„Alias: Red Band” #1 (2026) – Recenzja
Alias: Red Band #1 (2026)
JESSICA WRACA
Alias to była świetna rzecz, kiedy pisał ją Bendis. Ale nawet wtedy nie była to seria tak doskonała, jak chociażby jego Daredevil. Świetna postać, fajne pomysły, dobre wykonanie, ale miałem wrażenie, że Bendis jest w tym wszystkim nieco lżejszy, niż zakładał sam pomysł. I że jednak wszystko w takim temacie pokazał już wcześniej w Jinx czy Goldfish (a nawet i w Sam and Twitch). Nadal było świetne, nadal warte uwagi. Nadal robiło robotę. Ale czy był sens ciągnąć to dalej? Pociągnięto jednak, dostaliśmy teraz pierwszy numer Red Band i nieźle jest. Ale ten numer to nie tyle tworzenie, ile odtwarzanie i dla jednych może być to wielki plus, dla innych spory zarzut.
THE RETURN OF JESSICA JONES!
A series of grisly murders in Hell’s Kitchen pulls JESSICA JONES into a mystery more sinister than she could’ve ever imagined. As the wife of Mayor LUKE CAGE, she’ll have to tread carefully as she forms a dangerous alliance with TYPHOID MARY to track down the killer. But as she delves deeper into Hell’s Kitchen’s dark underbelly, the evidence she finds presents more questions than answers…
Follow the mystery in an all-new RED BAND miniseries written by SAM HUMPHRIES (NEW AVENGERS, LEGENDARY STAR-LORD) and drawn by Geraldo Borges (THUNDERBOLTS), celebrating the 25th Anniversary of ALIAS!
Ta seria ma chyba jeden cel: przypomnieć nam o Jessice Jones (i jej otoczeniu), pokazując, że nadal jest coś do opowiedzenia o nich. Problem jest taki, że nie jest to nic nowego. Sama historia – morderstwa, tajemnice, klimat mrocznych zaułków i szarego miasta – jest niezła, ale nie ma w niej nic świeżego. Fabularnie to wszystko już było, obecnie nie ma zbyt wielu takich rzeczy w Marvelu i na tej zasadzie komiks się wyróżnia, ale nic poza tym. Nie zmienia to jednak faktu, że jako taki typowy noir jest naprawdę przyzwoity. Brak mu jednak wdzięczności i nietypowości.
Graficznie za to jest bez zarzutu. Scenarzysta stara się udawać Bendisa i klimat jego scenariuszy, ale wychodzi mu to połowicznie. Za to rysunkowo ta seria jest taka, jak była kiedyś: brudna kreska, ograniczona paleta barw, sporo mroku i szarości. Bardzo fajnie jest, nastrojowo i wpada w oko. A całość… cóż, śmiało można, bo przyzwoity to komiks. Cieszy też, że Jessica gdzieś tam nam nie przepadła. Ale poza takim miłym graniem na sentymentach starszych, i daniem młodszym czegoś, czego teraz jest niedostatek, to po prostu jeszcze jeden zbędny komiks, stanowiący bardziej ciekawostkę i chwilową odskocznię, niż to czym powinien być – pewną rewolucją, która wniesie coś do Marvela.
Autor: WKP





