„Avengers: Na zawsze” (Tom 12) – Recenzja
Avengers: Na zawsze (Tom 12)
Jakoś rzadko mam sposobność czytać grupowe komiksy. Zwykle bardziej ciekawią mnie opowieści solowe o postaciach np. Daredevila czy Moon Knighta. Nie pogardziłam jednak ostatnim nabytkiem od wydawnictwa Egmont Polska, czyli Avengers: Na zawsze od Jasona Aarona. Czy komiks okazał się interesującym odkryciem czy raczej denną porażką?
Wyruszywszy w pogoń za kosmiczną zemstą, Ghost Rider przemierza zrujnowane Ziemie, gdzie nigdy nie nastała Era Bohaterów. Wspiera go w tym nieumarły cyborg Deathlok, powracające z odległej przyszłości Gromowładne Boginie oraz Tony Stark – Niezwyciężony Ant-Man! Ich celem jest zebranie armii najpotężniejszych bohaterów każdej Ziemi. Czy to jednak wystarczy, by wydać bitwę Multiwersalnym Mistrzom Zła i powstrzymać ich – na zawsze?
Początkowo komiks dzieli się na dwie główne linie fabularne. Z jednej strony Tony Stark, w tym uniwersum znany jako Ant-Man (!), rozpacza nad losem swojego świata i usiłuje na swój sposób go uratować przed niecnymi rządzami Black Skulla. Po cichu rekrutuje swoją drużynę Mścicieli, a przy okazji odszukuje prehistoryczne artefakty, w tym różne wersje Mjolnira. Z drugiej strony Ghost Rider… cóż, robi to co do Ghost Ridera należy, czyli zabija i kara grzesznych po różnych zakamarkach Multiwersum. Tak się jednak składa, że jego cel wkrótce staje się bardzo zbliżony do celów Starka. Wspólnie więc starają się odszukać godnych członków nowej, multiwersalnej drużyny Avengers. Na drodze jednak do celu staje im Dr. Doom oraz cała chmara innych złoli.
Momentami opowiadanie wydaje się totalnie pogmatwane i takie jakieś chaotyczne. Cóż, trudno się dziwić jak akcja historii rozgrywa się po wszystkich możliwych zakamarkach Multiwersum. Dodatkowo pierwsze kilka zeszytów wydają się totalnie z sobą niepowiązane. Tutaj mamy Tony’ego Starka i jego życiowe rozkminy, potem Ghost Ridera, który przeżywa kryzys egzystencjalny, bo nie wie kim jest, więc w sumie najlepiej pozabijać kogo popadnie, a potem poznajemy wiele wersji Steve’a Rogersa, wiele wersji Thora i kosmiczną wersję Black Panthera, który przypomina bardziej Spider-Mana niż Black Panthera. Nie mogę też nie wspomnieć o trzech boginiach piorunów, które nie wiadomo skąd się wzięły, ale przynajmniej wyglądają kozacko niczym zespół rockowy z lat 80. Początkowo nic nie ma sensu, ale później naprawdę opowiadanie wciąga i trzyma się kupy. Ba, nawet się wciągnęłam, mimo że początek na to nie wskazywał. Pomógł w tym głównie starkowy Ant-Man, który swoją rozbrajającą szczerością, samoświadomością i czarnym poczuciem humoru taszczył na barkach całą historię.
Za stronę wizualną Avengers: Na zawsze odpowiadają Aaron Kuder oraz Jim Towe, a za kolorystykę m.in. Jason Keith oraz Guru-eFX. Kreska ogólnie jest bardzo przejrzysta oraz wyrazista. Szczegółowo pokazane są sceny walk, a mimika postaci prezentuje się wiarygodnie. To samo mogę powiedzieć o barwach. Zarówno ciepłe, jak i zimne kolory pięknie się uzupełniają, przez co komiks nie tylko przyjemnie się czytało, lecz także oglądało.
Oprawa Avengers jest miękka, ale za to niezwykle wytrzymała, więc nie ma mowy o zginających się rogach. Co prawda nie ma ukazanych zbyt wiele okładek alternatywnych na samym końcu woluminu, ale te co są przedstawione to naprawdę przyciągają uwagę. Czcionka jest jak najbardziej czytelna, a kartki na tyle śliskie i przyjemne w dotyku, że tym szybciej się wertuje strony. Tłumaczenie z angielskiego przez Marka Starostę jak zwykle nienaganne i dowozi. Jedynym technicznym mankamentem, do którego mogłabym się przyczepić, są dymki tekstu umieszczone w szyciu między kartkami. Niejednokrotnie musiałam się zatrzymać z czytaniem, żeby odcyfrować co jest napisane. Nie uprzyjemnia to lektury.
Summa summarum, Avengers: Na zawsze to naprawdę przyjemna lektura, chociaż niektórych może przerazić lekki chaos, skakanie po wymiarach oraz kolejne przedstawiane coraz to nowych postaci z coraz to dziwniejszych zakamarków Multiwersum. Przyzwyczaicie się jednak i będziecie dosłownie płynąć wraz z nurtem opowiadania. Myślę więc, że nie zaszkodzi poświęcić temu komiksowi trochę czasu i zapłacić te 119,99 zł. A nuż widelec się okaże, że warto było!
Autorka: Rose (Vombelka)

Egzemplarz recenzencki otrzymaliśmy dzięki uprzejmości Egmont Polska. Jeśli recenzja przekonała Was do zakupu – opisywany tom/serię możecie nabyć tutaj.




