„Cyclops” #1 (2026) – Recenzja
Cyclops #1 (2026)
Cyclops niedociągnięty
No i mamy jedynkę nowej serii Cyclops. Czy czekałem? Nie. Czy obawiałem się, że będzie źle? Wiadomo. Zawiodłem się? I tak, i nie. Komiks ma fajne założenia, ale jego wykonanie niestety pozostawia bardzo wiele do życzenie.
CYCLOPS UNLEASHED! Scott Summers is a mutant who is always in near-total control of his powers and his emotions. But what happens when he’s separated from the X-Men, lost in a mountain wilderness without the visor that keeps his devastating powers in check? And will he be able to stay alive when Donald Pierce and his cyborgs, the Reavers, are hunting him? It’s a tale of the X-Men’s leader at his most savage core!
Ten zeszyt obiecywał, że będzie survivalową jazdą bez trzymanki. Miało być nastrojowo, z napięciem i akcją. No i na „miało” się skończyło, bo jednak tego tu brakuje. Dzieje się dużo, co chwila coś mamy na stronach, ale tak bez ładu i składu. Niby ma to budować postać, ale wychodzi sztampowo i płasko. Niby ma być podbudowa pod wydarzenia, ale potencjał tychże zostaje zmarnowany. Są tu fajne rzecz, jak pewne drobiazgi odnośnie wroga np., ale jest tego za mało, a szybka akcja nie dość, że nie maskuje niedociągnięć, to jeszcze sama w sobie wypada blado.
Graficznie rzecz jest fajna, ale… No właśnie, Roge Antonio to kolejny gość, który chce rysować, jak inni i jego kreska wygląda dosłownie, jak prace Stuarta Immonena, ale bez jego wdzięczności i wyczucia. A poza tym ludzi operujących niemal takim samym stylem jest więcej, że wspomnę Pepe Larraza czy Mahmuda Asrara – no i nawet oni, choć słabsi od Immonena, lepiej go powielali niż Antonio. No i właśnie taki jest to komiks – niby niezły, ale jednak niedociągnięty, poskładany z ego, co już było, ale znów gorzej.
Autor: WKP





