„Spider-Man/Hulk: Fire and Brimstone” #1 (2026) – Recenzja
Spider-Man/Hulk: Fire and Brimstone #1 (2026)
Absurdalny Team-Up
Kevin Smith. Wielki sentyment i wielki szacunek mam do tego gościa. Fanatyk komiksów i popkultury, który nakręcił za grosze film Sprzedawcy, tworząc nieświadomie manifest całego pokolenia. Potem różnie to bywało, ale spod jego ręki wyszło kilka perełek, a w ostatnich latach, po serii beznadziejnych wpadek kinowych itp., starał się podźwignąć się z kolan, na które padł, i po części mu się to udało osobistym Clerks 3 czy niezłym, sentymentalnym The 4:30. A komiksy? A no, tutaj gościa też lubię. Mimo sarkania masy fanów uwielbiam Diabła Stróża. Bardzo fajnie bawiłem się przy Kołczanie, choć rzecz do bólu przewidywalna itp., itd. No ale tego powrotu się bałem, choć byłem go ciekaw. Bo Smith nadal coś tam umie, ale to już nie to. I nadal umie spartolić masę rzeczy. Na dodatek tego komiksu nie piał sam. I co? No i są momenty dobre, są beznadziejne. A całość, choć ma pewien potencjał, jest tak przegięta, że mimo wszystko nie jest w stanie się obronić.
HWIP-SMASH! Legendary writers KEVIN SMITH and ANDY McELFRESH team up with superstar artist R.B. SILVA for the newest high-octane adventure for Spider-Man and Hulk! It’s nonstop action! Side-splitting quips! And…the exorcism of Bruce Banner?!
Co tu jest na plus? Zależy, czego oczekujecie od tego komiksu. Jeśli szukacie tu Smitha, który ma fajny patent na wątki religijne, czyli jego stałą tematykę, to tak, to wyszło dobrze, choć bardziej w teorii, bo pomysły są dobre, ale wykonanie idzie w przesadny absurd. Ten komiks obok niezłych pomysłów stara się stać humorem. Ale tego jest za dużo. To nie poziom humoru Sprzedawców czy W pogoni za Amy albo nawet Dogmy. To poziom Jaya i Cichego Boba (acz bez tamtejszych smaczków, które nawet animacja w sobie miała) czy Fujar na tropie. Co gorsza, to, co zawsze było siłą filmów Kevina – dialogi – tu jest zwyczajnie słabe. Podejrzewam, że Smithowi się nie chciało, więcej robił tu Andrew McElfresh, czyli gość, który ze Smithem pracował np. nad Killroy Was Here (taki tam filmowy eksperyment, który był sprzedawany jako NFT), a i pomagał przy np. Agentach bardzo specjalnych – innego wyjaśnienia nie znajduję. Chyba, że lata ćpania wypaliły Smithowi resztki talentu na tym polu.
Ale mimo to komiks czyta się całkiem przyjemnie. Ma parę fajnych momentów i jest tu coś z klimatu klasycznych interakcji między bohaterami różnych serii – z czasów, kiedy team-upy to było coś, na co się czekało. A i graficznie fajnie to wygląda. Wierzę, że dalej będzie lepiej, musi być, w końcu to Smith i zamierzam dać szansę. Ale nie oszukuję się, że przemawia przeze mnie sentyment. Tylko czy jest w tym coś złego?
Autor: WKP







