„Queen in Black: Venom Unchained” #1 (2026) – Recenzja
Queen in Black: Venom Unchained #1 (2026)
Back in Black
Marvel chyba wyznaje zasadę, że kiedy nie wiesz, co robić, rób jeszcze raz to, co już było. Kiedyś się sprawdziło, może sprawdzi się i teraz. I taki właśnie jest ten zeszyt, który nie tyle stawia na nostalgię, ile na niej zwyczajnie żeruje. To, co jest jego największą siłą, jest jednocześnie największym minusem. Ale jednocześnie jest to rzecz nieco (tylko nieco, ale zawsze) lepsza od głównego eventu Queen in Black.
EDDIE BROCK: IMPRISONED! Eddie Brock is in prison after a failed bond with Carnage, and the Queen In Black is coming!!! Eddie wants to get back to Venom. But without a symbiote, how will he escape?!
To, że w Królową w Czerni chyba nikt za bardzo nie wierzy, świadczy fakt, jak niewielkich jest rozmiarów to wydarzenie. Taki Król w czerni rozpisany był na niemal siedemdziesiąt zeszytów różnych serii, Queen obejmuje ich jakieś osiemnaście (albo dwadzieścia trzy, jeśli wliczycie dziejącą się przed miniserię Knull). A w obu tych wydarzeniach sama główna opowieść liczy tyle samo, bo po pięć numerów. Ale w zasadzie nie ma się, co dziwić. Jedynka eventu to był wielki zawód, a ten tie-in udowadnia, że może i można lepiej, ale zupełnie zbędnie.
Co mi zgrzyta? A no to, że Marvel nie chce dać swoim postaciom iść dalej. Widziałem gdzieś zarzut, że Queen in Black: Venom Unchained ukazuje nam Petera, jako nastolatka i z tym się zgadzam. W latach 90. XX wieku Peter miał żonę, dziecko w drodze, dojrzałe zajęcia i dorosłe problemy i Marvel to zniszczył, a tu stara się zrobić postacie i relacje między nimi w klimatach wczesnych opowieści z Venomem, z tym, że już tam Peter był dojrzalszy, a tu jakoś staje się coraz bardziej infantylny.
A poza tym? A poza tym to nie ma tu w zasadzie nic, bo ta historia jest, jaka jest. Bez większej treści. Ma grać na sentymentach i po części to robi, czyta się nieźle, ale niewiele z tego wynika. Taka zapchajdziura, a to, że wypada lepiej od głównej opowieści, nie świadczy o jej jakości. Graficznie jest nieźle, ale to już taki „urok” obecnego Marvela, że o ile tła i klimacik wypadają fajnie, o tyle twarze i mimika zgrzytają mi nadmiarem cartoonowości, która do powagi całości nie pasuje.
W skrócie, to jest jeszcze jeden komiks, który przeczytać można, ale w zasadzie po co? Chyba że z nostalgii do opowieści Spider vs. Venom, ale wtedy lepiej wrócić do klasyki Micheliniego z rysunkami McFarlane’a, Larsena czy Kuberta.
Autor: WKP




