„Spider-Man: Brand New Day” (2026) – Recenzja
Spider-Man: Brand New Day (2026)
Uwaga! W tekście znajdują się SPOILERY
Absurdalny wręcz sukces finansowy filmu Spider-Man: Brand New Day sprawił, że obecnie mówią o nim absolutnie wszyscy. Zarówno kwestia tego, ile film zarobił i jeszcze zarobi, jak i sama jego treść, stały się głośnymi tematami rozmów we wszystkich social mediach, a Marvel osiąga szczyty post-pandemicznej popularności tuż przed Avengers: Doomsday. Skoro wiemy już, że najnowszy film MCU to wielki sukces finansowy i marketingowy, to czas zadać sobie to ważniejsze dla fanów pytanie: Czy nowy Spider-Man to dobry film?
Nie ukrywam, w trakcie pierwszego aktu miałem duże obiekcje – parę strasznie sztucznie wyglądających ujęć w pierwszych minutach filmu, średnio napisane dialogi, dużo ekspozycji i fanserwis udający subtelność to rzeczy, na które osobiście często narzekam, i tutaj nie było inaczej. Na szczęście potem było już właściwie tylko lepiej. Tom Holland daje nam aktorski popis, udowadniając, że Nolan zmarnował jego potencjał w Odysei, bowiem, dostając dobrze napisaną postać, nasz sympatyczny Brytyjczyk jest w stanie zrobić z niej prawdziwe złoto wylewające się z ekranu. Niezwykle podoba mi się to, że scenarzyści nie próbowali usprawiedliwiać decyzji, jaką Spider-Man podjął na koniec No Way Home, a zamiast tego z pełną powagą postawili go przed jej konsekwencjami. To daje Hollandowi naprawdę sporo miejsca do popisu, dzięki czemu nie więcej niż solidna fabuła jest tu w stanie wybrzmieć, opierając się na barkach kapitalnej głównej postaci. Właśnie ta decyzja dotycząca scenariusza stała się kluczowa dla całej konstrukcji tematycznej Brand New Day, dając podstawy, na których zbudowany jest motyw przewodni całego filmu, a więc rezygnacja z kontroli na siłę oraz akceptacja tego, że życie przynosi zmiany i nie każda z nich musi nam się od razu spodobać.
Przechodząc do samej fabuły, duża część wydarzeń kręcących się wokół Petera Parkera błyskawicznie przywołuje wspomnienia tego, co swego czasu z tą postacią robił Sam Raimi, lecz osobiście uważam, że przemiana bohatera działa w nowym wydaniu jeszcze lepiej. Fakt, że sam organizm człowieka czasem wie lepiej, co dla niego dobre, niż nasza świadomość, zostaje tutaj kapitalnie i całkiem kreatywnie przedstawione. Cały proces nie jest kopią wersji sprzed 20 lat, a jedynie do niej nawiązuje, prezentując w niezwykle organiczny sposób drogę bohatera, w której Holland odnajduje się jak ryba w wodzie. Peter nigdy wcześniej nie był pająkiem tak bardzo jak w tym filmie i osobiście uważam to za sukces.
Główny bohater omówiony, czas skupić się na reszcie. Dużą rolę w najnowszej części przygód sympatycznego Pajączka dostaje Punisher. Postać, która w ostatnich latach bardzo straciła w moich oczach przez jej monotonność i kompletny brak rozwoju, jak również przez Jona Bernthala grającego każdą możliwą scenę z tą samą miną. Na szczęście możemy tutaj wreszcie zaobserwować jakiś progres. Frank oczywiście nadal jest sobą i nadal regularnie irytuje, ale scenarzyści omawianego filmu postawili go w paru sytuacjach, w których musiał wreszcie pokazać swoją inną stronę, co wypadło świetnie. Gościnna rola Yeleny ewidentnie ma być bardziej memiczna niż znacząca i to założenie zdecydowanie udało się spełnić. Bruce Banner i Hulk dają radę oraz dostarczają rozrywki, którą najwięksi fani komiksów z pewnością docenią. MJ i Ned przekonują zarówno jako w pewnym sensie nowe postacie, jak i w formie żywych wspomnień, które przecież znaczą dla Petera Parkera tak wiele. Scenarzyści podeszli do wszelkich interakcji tej trójki z odpowiednią dojrzałością, dbając o wagę przeszłych wydarzeń i jednocześnie zachowując realizm w prezentowaniu ich obecnego kształtu. Historia jest opowiadana z perspektywy Petera, przez co cały wątek na moment podchodzi niebezpiecznie blisko znienawidzonego przeze mnie schematu. Nakłanianie widza do popierania zdrady poprzez kompletne olanie perspektywy osoby zdradzanej, ale ostatecznie, na szczęście, udało się z tego zamieszania sensownie wybrnąć.
Skoro wszystkie znane twarze mamy już omówione, to czas najwyższy ocenić wielce wyczekiwany debiut. Jean Grey daje radę. Muszę przyznać, że jest to naprawdę ciekawe wprowadzenie tej postaci do MCU, błyskawicznie skupiające się na tak kluczowym dla X-Men wątku dyskryminacji i umiejętnie zgrane z aktualnymi rozterkami wewnętrznymi Spider-Mana. Sadie Sink dostaje wystarczająco dużo materiału, żeby pokazać, że powinna się sprawdzić w tej roli długofalowo, a dzięki obecności jej postaci Peter Parker może odnaleźć się w nowej dla siebie roli. Jeżeli tak ma wyglądać wprowadzanie mutantów do uniwersum Marvela, to zdecydowanie jest na co czekać.
To, że skupiłem się w całej tej recenzji na postaciach, nie jest przypadkiem. Fabuła niczego nie urywa, prezentując wiele bardzo znajomych elementów i nie dostarczając zbytnich zaskoczeń. Mamy tutaj jeden ewidentny zwrot akcji, który jest wybitnie wręcz przewidywalny, jeżeli przed seansem macie jakąkolwiek wiedzę o postaci Jean Grey, ale nie będę na niego aż tak narzekał, bo z racji nieobecności mutantów w dotychczasowym MCU jednak jakieś ziarno niepewności zasiał. Generalnie o samej fabule nie ma tu zbyt wiele do powiedzenia. Cały film jest ewidentnie skupiony na rozwoju bohaterów i to zdecydowanie mu wychodzi.
Spider-Man: Brand New Day to satysfakcjonująca kontynuacja przygód pajączka, udana zapowiedź przyszłości MCU i generalnie dobra rozrywka. Można mu co nieco zarzucić, ale głównie w kwestiach, które łatwo odsunąć na dalszy plan. Marvel dostarczył nam trzy dobre filmy z rzędu po raz pierwszy od blisko 10 lat. Czyżby Doomsday jednak miało się udać? W to akurat nadal nie wierzę, ale mniejsza o to. Na razie cieszmy się z sukcesu Pajączka.
Autor: JJ







