„Marvel Mangaverse: Web of Blood” #1 (2026) – Recenzja
Marvel Mangaverse: Web of Blood #1 (2026)
Bloody Hell
W Marvelu pracują chyba masochiści. Bo jak inaczej nazwać to, że chociaż w mangę próbowali już tyle razy, nigdy nie wyszło im to dobrze. Nie oceniam sprzedaży, chociaż patrząc na to, jak szybko kończyły się te eksperymenty, chyba cudów nie było, ale od strony artystycznej to była słabizna. I nieważne, czy robili Mangaverse, Tsunami czy nawet te eksperymenty z mangową estetyką w głównych opowieściach (wczesne prace Larocci chociażby czy beznadziejny japoński short w Venom: Czerń, biel i krew), zawodziło. A oni nadal, teraz reaktywują (po raz kolejny) ten pierwszy projekt i Web of Blood #1 potwierdza, że niepotrzebnie.
RETURN TO THE MANGAVERSE – JUST IN TIME TO SEE IT END?! Celebrating the 25th Anniversary of MARVEL MANGAVERSE, father-son duo JOE and JACK KELLY are teaming up with acclaimed artist KENNY RUIZ (STAR WARS: PATH OF THE LIGHTSABER) to revisit the Mangaverse as readers have never seen it before! In a world where technology no longer works and magic reigns supreme, a looming apocalypse threatens to end the world in a sea of flames – that is, unless SPIDER-MAN (MILES MORALES), WEAPON X-TREMIS (LAURA KINNEY) and MAGIK (ILLYANA RASPUTIN) have something to say about it! But as each attempt to stave off Armageddon leads each further down the road of forbidden magic, these friends turned enemies must confront the question of if their choices really will save the world – or doom it entirely!
Joe Kelly nie jest moim ulubionym scenarzystą, chociaż ma parę naprawdę fajnych komiksów na koncie. Ale to, co robi tutaj, wypada o wiele słabiej, niż jego run Spider-Mana, który powszechnie uznawany jest za jeden z najgorszych w dziejach. O ile jeszcze akcja jest całkiem-całkiem, przeciętna, acz znośna, o tyle postacie to jakaś pomyłka, która w ogóle do mnie nie przemawia. Są tak kiepskie, tak niepasujące do tego, kim być powinny, że zgrzytałem zębami.
Nie będę Was oszukiwał. Nie zmęczyłem tego zeszytu. Jakbym czytał fanowskie wypociny kogoś, kto jara się mangą i Marvelem i chciał to połączyć, ale nie umiał nic poza frazesami, nie czuł postaci i nawrzucał rzeczy, które by uszły, gdyby to była gierka komputerowa bez większej treści, ale za to z akcją, jednak jak na komiks, który powinien mieć fabułę i coś opowiadać także o postaciach, nie sprawdza się to zupełnie.
Grafika? Okładka może zachęcić niektórych takim kopiowaniem estetyki Kimetsu no Yaiba, ale jednak brakuje tu wdzięczności i wyczucia Koyoharu Gotouge. W środku jest jednak gorzej, przesadnie kolorowo, zbyt nijako, z mangowym wysileniem, z twarzami tak przerysowanymi, jakby ktoś chciał sparodiować słynne wielkie oczy i ekspresyjną mimikę. A to i tak one są tu najlepsze.
Szkoda. Ja wymiękam. Marvel mógł sięgnąć po twórców z Kraju Kwitnącej Wiśni, ale nie takich, co obrabiają wszelkiej maści licencjonowane produkty, bo nie mają własnych serii, a kogoś, kto faktycznie ma talent i wyczucie. Mógł też sięgnąć po nazwiska amerykańskie, które czują japońskie klimaty albo chociaż to połączenie tego, co dynamiczne, lekkie, wyluzowane i urocze, z akcją, brutalnością i ostrością (Hopeless chociażby). Ale poszli drogą, która nijak do mnie, fana mangi, anime, Marvela i superhero, nie trafia.
Autor: WKP


