„Tomb of Apocalypse” #1 (2026) – Recenzja
Tomb of Apocalypse #1 (2026)
Powiem, że nie do końca rozumiem zamysł na zeszyt Tomb of Apocalypse #1. No bo tak, okładka i tytuł obiecują Apocalypse’a, a tego jest tu jak na lekarstwo, ale za to całość skupia się na Jubilee… Z tym, że Jubilee to jakby pretekst do historii o Wolviem, a przynajmniej ja to tak czuję. Efekt? Komiks całkiem niezły, ale nie dość, że rozmijający się z tym, o czym powinien traktować, to jeszcze niekoniecznie nadający się na dziejącą się współcześnie opowieść. Ale i tak miał w sobie coś sympatycznego.
ANCIENT AND UNFATHOMABLE POWER!
From his exile in space, the shadow of the mutant called APOCALYPSE looms over all life on the pale blue dot from whence he hailed. Once dedicated to ensuring the strongest and fittest mutants would inherit the Earth, now Apocalypse’s attentions have turned to a new deadly undertaking — for which he will need the unique abilities of… JUBILEE and WOLVERINE!
Zacznę od minusów. Ten komiks miał być o Apocalypsie, a nie jest – zamiast tego mamy tu jego hologram. Rzecz skupia się na Jubilee, a to plus, bo ja ją uwielbiam, podobnie jak jej relacje z Wolverine’em, ale… No właśnie, Wolvie jest tu jakby doklejony trochę na siłę, dla fanservice’u. A Jubilee to nie postać, jakiej się spodziewałem. Mój wewnętrzny geek wychowany w latach 90. cieszy się, bo mamy tu ją w takiej nieco infantylnej odsłonie, jak w tamtych czasach, ale nie do końca pasuje to do jej współczesnej wersji. Fabuła zaś, choć okej, niczego nie rwie.
No ale jednocześnie te minusy są też często plusami. Fabuła typowa, ale nic w tym złego, czytać się da. Jubilee zrobiona z tęsknotą za latami 90.? Wiadomo, o wiele lepiej sprawdziłoby się to, jako samodzielna historia retconująca coś, ale i tak ryj potrafi się uśmiechnąć. Wolvie na doczepkę? No ale to Wolvie, a on i Jubilee to taki trochę dream team, połączenie, które zawsze się sprawdza. No i rysunki, które są fajne, nastrojowe i wpadają całkiem w porządku.
W skrócie: komiks o dziwnej konstrukcji i równie dziwnym balansie, ale jednak mający w sobie coś, co sprawia, że nie chce się go skreślić. Sporo mu brakuje do bycia naprawdę dobrym, ale fani mutantów, zwłaszcza ci sentymentalni, co na karku mają trzy czy cztery dziesiątki wiosen, znajdą tu dla siebie całkiem sporo dobra.
Autor: WKP




