„Ultimate X-Men” (Tom 9) – Recenzja
Ultimate X-Men (Tom 9)
Koniec (?)
I wreszcie dotarliśmy do ostatniego, dziewiątego już tomu serii Ultimate X-Men, wydawanej przez Egmont, w którym zaprezentowano zeszyty od #89 do #100. W ostatnich numerach ukazano kilka istotnych wątków, od Storm zmagającej się z koszmarami swej przeszłości (czyli Shadow King) i Apocalypse’a, poprzez pewien problem z dopalaczami, aż do Magneto, który postanowił odwrócić bieguny Ziemi i wywołać kataklizm, w wyniku którego życie straciło kilka milionów ludzi. No i jak tu mutanci mają w spokoju koegzystować z Homo sapiens?
„Młodzi X-Men od lat robią to, co słuszne – ratują świat. I od lat świat odpłaca im się jedynie strachem i nienawiścią. Mutanci nie mają jednak czasu na żale, bo za rogiem zawsze czyha kolejny wróg. Tym razem jest to mocarny Apocalypse! Nawet ta bitwa zblednie jednak w obliczu wywołanej przez Magneto powodzi, która pochłonie tysiące ofiar. Czy garstka ocalałych X-Men pod wodzą Jean Grey zdoła powstrzymać kolejną falę przemocy i mutanta, który wypowiedział wojnę całej ludzkości? I czy wraz z Nowym Jorkiem na zawsze utoną marzenia o pokoju między ludźmi a mutantami?
Scenariusz napisali Aron E. Coleite, Robert Kirkman („Invincible”, „Marvel Zombies”, „Żywe trupy”) i Jeph Loeb („Batman. Długie Halloween”, „Batman. Hush”), a rysunki stworzyli Mark Brooks, David Finch, Salvador Larroca oraz inni artyści. Album zawiera zeszyty „Ultimate X-Men” #89–100, „Ultimatum” #1–5 i „Ultimatum: X-Men Requiem” #1.”
Tom rozpoczynamy od starcia pomiędzy Storm, a Shadow Kingiem. I byłby to całkiem interesujący moment sagi, wyjaśniający wiele wątków z przeszłości bogini pogody, gdyby nie to, że całość trwa zaledwie jeden zeszyt, podczas gdy mógłby zająć spokojnie pięć. Akcja jest przyspieszona, dialogi urywane i na końcu pozostajemy z wieloma niedopowiedzeniami. Wszystko po to, by pędzić do kolejnego wątku – Sinister wskrzesza Apocalypse’a! Ta opowieść trwa aż cztery numery, więc akcja poprowadzona jest już spokojniej, ale nie oznacza to nudy. X-Meni stają do walki z Apocalypsem, a kiedy wydaje się, że nie mają najmniejszych szans i dzieje się niewyobrażalne, z pomocą przychodzi Phoenix. Jean na nowo jednoczy się z kosmiczną potęgą, która pomaga mutantce zrobić reset i razem cofają Świat do wydarzeń sprzed ataku Apocalypse’a. Numery od #94 do #97 według mnie są najbardziej interesujące i wydobywają z X-Men wszystko, co najgorsze. Na horyzoncie pojawia się Banshee. Narkotyk, który stymuluje zmutowane komórki i nasila supermoce. Taki odpowiednik hormonu wzrostu mutantów w świecie Ultimate. Na jaw wychodzi wiele rzeczy, które niektórzy chcieliby pozostawić pogrzebane w przeszłości. Okazuje się, że dla wielu mutantów używka ta wcale nie jest obca. Uzależniony staje się m. in. Scott, co prowadzi do konfrontacji pomiędzy jego ulepszoną wersją, a Jean w postaci Phoenix. No i wreszcie finałowe numery #98-#100, czyli Magneto odpina wrotki i odwraca bieguny Ziemi, co doprowadza do katastrofy (wiecie, fale tsunami, epoka lodowcowa, niezwykle silne wyładowania atmosferyczne i tym podobne rzeczy). Tymczasem X-Meni są rozproszeni po świecie i walczą z kolejnymi falami nieustannie napływających klonów Multiple Mana, które w dodatku są uzbrojone w bomby. Finał jest dość ponury i zamiast celebrować setny numer serii, pozostaje rozgoryczenie i nierozładowane napięcie – brakuje tutaj ostatecznej konfrontacji. Wszystkie te wydarzenia poprowadziły jednak do składającej się z pięciu części miniserii Ultimatum, która rozwiewa wszelkie wątpliwości.
Ultimatum to już kompletnie jazda bez trzymanki. Gościnnie pojawiają się tutaj Fantastyczna Czwórka, Spider-Man, Ultimates (czyli odpowiednik Avengers), Dr Strange i wielu, wielu innych, co tylko potęguje powagę sytuacji. Wszyscy jednoczą się w jednym celu, a tym celem jest dorwanie Magneto.
Ultimate X-Men można lubić albo nie lubić, ale nie można mu zarzucić nijakości. Czasami sceny są naprawdę jadące po bandzie i mocno „edgy” (kojarzycie jeden taki ohydny rysunek Bloba, który dokonuje makabrycznej rzeczy z jedną z bohaterek Ultimates/Avengers? No to właśnie tutaj jest pełny kontekst). Nie jestem fanką tego typu zabiegów i szokowania dla samego szokowania, ale z drugiej strony przynajmniej nie wieje nudą. Całość zamyka Ultimatum: X-Men Requiem #1, w którym wszystkich żegnamy, a na samym końcu możemy przyjrzeć się kolekcji nekrologów, przybliżających sylwetki poległych.
Z rysunkami jest różnie. Artyści co kilka zeszytów się zmieniają, co tylko potęguje już i tak spory chaos, jaki panuje w tomie. Są lepsze i gorsze momenty. To samo tyczy się dialogów. Czasem ma się wrażenie, że pisane są od niechcenia, a czasem potrafią nawet zaskoczyć. Jeśli czujecie się zaintrygowani, to sięgnijcie po ostatni już, dziewiąty tom Ultimate X-Men i zobaczcie sami, jak kończy się pewna epoka!
Autorka: Diamond

Egzemplarz recenzencki otrzymaliśmy dzięki uprzejmości Egmont Polska. Jeśli recenzja przekonała Was do zakupu – opisywany tom/serię możecie nabyć tutaj.




