„Miles Morales: Spider-Man” #1 (2026) – Recenzja
Miles Morales: Spider-Man #1 (2026)
MARNOWANIE MILESA
Przygody Milesa Moraelsa, chociaż fajne i miały parę świetnych momentów, nigdy nie dorównały przygodom Petera ze świata Ultimate. Głównie dlatego, że to znów był retelling tych samych motywów i wątków. I to byłoby spoko, gdyby te wątki nie były dopiero co wykorzystane z Peterem. Wkradła się więc wtórność, mimo przesunięcia akcentów (tu wujek żył, ale był bandytą, a i tak zginął w końcu przez Milesa. Miles miał rodziców, ale i tak w końcu stracił matkę itp., itd.), ale Bendis i tak dawał radę i serwował czasem naprawdę błyskotliwe komiksy. Po nim nikt jednak nie zdołał wybić się ponad typowy, niezły komiks środka. I jak do tej pory to Saladin Ahmed zrobił najgorsze, co seria miała do zaoferowania, z beznadziejnie zepsutą Sagą Klonów na czele. Ale kluczowe jest „do tej pory”, bo tym zeszytem Hill udowadnia, że nadaje się do pisania tej serii jeszcze mniej, niż Ahmed.
THE NEXT ERA OF MILES MORALES: SPIDER-MAN, STARTS NOW! MILES MORALES IS BACK IN THE RED AND BLACK! SPIDER-MAN thinks he has it allllll handled: homework, super villains…a new school crush? No, no – Miles is focused on what matters: helping the good folks of Brooklyn. Friendly. Neighborhood. Spider-Manning at his best! But a vengeful villain from Jeff Morales’ past with S.H.I.E.L.D. threatens to destroy not only Spider-Man – but the entire Morales family!
Superstars Bryan Hill (ULTIMATE BLACK PANTHER) and Nico Leon (PSYLOCKE) join cover artist and Marvel Stormbreaker Simone Di Meo for this next great Miles Morales adventure!
Co tu zgrzyta? Co jest nie tak? Dla mnie największym problemem jest nie tylko to, że gość nie czuje postaci, ale przede wszystkim to, jak bardzo cofa ją w rozwoju. Ignoruje to, co było, na siłę wciska swoje pomysły, które miały wywołać emocje, ale zero podbudowy i pokazania sensu tych zabiegów (nie chcę za wiele zdradzać, ale będziecie wiedzieć, o co chodzi, jak poczytacie) wywołuje co najwyżej irytację. Najgorzej jednak wypada to, jak Miles się zmienił. Znów jest niedojrzały, znów jakby na początku swojej drogi, znów… Dużo rzeczy, żadna nie gra. Ja wiem, że to jedynka, nowy start i w ogóle, ale nie tędy droga. To nie remake, a ciąg dalszy, nawet jeśli – idąc dalej w tę filmową terminologię – reboot i nie można zmieniać postaci w ten sposób. Nie bez grama uzasadnienia.
Akcja? Nuda. Dialogi? Takie sobie. Rysunki? A no, tu fajnie, ale na niewiele się to zdaje, kiedy treść nie idzie z nimi w parze. Zwłaszcza, że scenarzysta nie tylko nie umie napisać Milesa, ale i po macoszemu traktuje całą resztę, przez co sam komiks wydaje się nie tyle skupiony na głównym bohaterze, ile po prostu pusty i pozbawiony życia. A szkoda, bo gdyby rzeczy tu wrzucone rozciągnąć, podkręcić i pokazać z różnych stron na przestrzeni kilku numerów, byłoby o wiele lepiej.
Jest jednak jak jest. Czy ta seria ma na siebie jakiś pomysł? Jeśli tak, na tym etapie ja go nie widzę i nie zamierzam sięgać po kolejne numery, żeby się przekonać. Może kiedyś, jeśli wyjdzie po polsku jakieś zbiorcze wydanie, kupię, bo wiadomo, gen komplecisty się uruchomi, ale nie w innym wypadku. Miles się tu marnuje i tyle w temacie.
Autor: WKP







