KomiksyTeksty

„Punisher” (Tom 2) – Recenzja

Punisher (Tom 2)
Śmierć to (nie)koniec

Mówi się, że śmierć to koniec wszystkiego i po niej człowiek odnajduje spokój po podróży na tym łez padole… ale czy aby na pewno? Niestety nie. Nie dla wszystkich. Punisher nawet po śmierci ma ręce pełne roboty. Trochę przerąbana sytuacja. Wydawnictwo Egmont Polska daje nam tu następny tom na temat, w sumie to nieumarłego, przyjemniaczka zwanego trochę prześmiewczo Frankencastle. W tej formie, czy w innej, to w dalszym ciągu kontynuacja podróży krwawego mściciela. Ten w poprzednim tomie został poszatkowany jak cebulka przez niejakiego Dakena. Syna Wolverine’a (konkretnego psychopatę i szajbusa). Na (nie)szczęście na wyspie potworów Franka złożyli „do kupy” (ze sporej ilości pozszywanych ciał) i teraz chłop biega z ekipą złożoną między innymi z Morbiusa, Man-Thinga i innych różnorodnych monstrów. Trzeba też wspomnieć, że jest on wspierany przez krwawy kamień o specyficznym działaniu, tworząc z niego najstraszliwsze, najbardziej rozwścieczone i żądne krwi monstrum w historii komiksowego uniwersum Marvela (trochę jak taki wikiński berserker, tylko w innym wydaniu). Po raz kolejny przy jego boku staje też Henry Russo, syn, Jigsawa, który nienawidzi swojego ojca i chętnie sprawiłby mu jeszcze więcej ojcowskich trosk. Ten twierdzi, że przez to, jak Billy traktował swoją rodzinę, jego matka jest nałogową alkoholiczką, a on do tej pory zmaga się z problemami natury psychicznej.


Komiks, który wybucha z siłą granatu i nie zwalnia nawet na sekundę!

Frank Castle, odrodzony dzięki współczuciu potworów, powraca, by porachować się z ludźmi. Droga ku zemście prowadzi go w rozświetlone neonami zaułki Tokio, gdzie króluje Daken – okrutny syn Wolverine’a. Pojedynek tych dwóch morderców może jednak kosztować Punishera nie tylko życie, lecz także resztki człowieczeństwa. Czy od zatracenia uratuje go Elsa Bloodstone – zawodowa łowczyni potworów, która wie, jak zabić każde monstrum, nawet to noszące ludzką twarz? A może zrobi to tajemnicza kobieta podająca się za Marię – zmarłą żonę Franka?

„Punisher” to brutalna opowieść o determinacji, zemście i sile charakteru, stworzona przez scenarzystę, który nie boi się wychodzić poza utarte schematy. Rick Remender – autor takich serii jak „Deadly Class”, „Fear Agent”, „Głębia” czy „Uncanny X-Force” – śmiało przekracza granice tego, co uchodziło dotąd za typowy komiks o Punisherze, i wrzuca Franka Castle’a w sam środek groteskowego koszmaru inspirowanego „Frankensteinem”. To świat pełen nie tylko makabry i czarnego humoru, lecz także szaleńców i potworów, które okażą się bardziej ludzkie niż niejeden człowiek.


Jakiś czas później główny (anty)bohater zostaje zaatakowany przez złoczyńców różnego sortu, w tym seksownie wyglądającą kobietę w czarnym lateksie z maską BDSM, poruszającą się na motorze. Otóż ta właśnie kobieta ma na niego zlecenie i będzie odpowiedzią na wszystkie dręczące go pytania, jednak do końca tomu pozostaje nieuchwytna i owiana tajemnicą. Wiemy, że możemy się spodziewać różnego rodzaju spotkań ze złoczyńcami, starymi przyjaciółmi oraz magicznymi artefaktami. Bardzo ważną rolę w tym tomiku odgrywa syn Jigsawa, który staje przed ciężkim wyborem. Przed jakim? To musicie odkryć sami. 

Punisher (Tom 2) to bardzo dynamiczna pozycja, która na dobrą sprawę jest zlepkiem zeszytów Dark Wolverine #88-89 (2010), Frankencastle #17-21 (2010) oraz Punisher: In The Blood #1-5 (również z 2010). Całość wciąż trzyma w napięciu i nie pozwala się nudzić, a to przecież najważniejsze. Absurdalny pomysł Ricka Renmendera, jakim jest Frankencastle to taki całkiem niezły powiew świeżości. Bezsilność Franka w tej formie i podczas niektórych misji z powodu jego śmierci i ponownego przywrócenia do życia w pewien sposób fascynuje i intryguje czytelnika. Wystarczy tylko, że główne parametry (nie)życiowe protagonisty zaczną wariować z przeciążenia, a ten nie jest w stanie zrobić czegokolwiek. Dopada go absolutna bezsilność. To całkiem ciekawe, bo Punisher to postać, która akurat z bezsilnością niezbyt się kojarzy. Ten wolumin trochę się odróżnia (żeby nie powiedzieć, że jest odnogą) od sytuacji z Osbornem, którego Frank chciał załatwić ostatnim razem. Z globalnego problemu pomocy potworom idziemy w bardziej lokalny, prywatny, a wręcz intymny spór dotyczący rodziny Castle’a. Po raz kolejny temat jest wywlekany na światło dzienne, żeby znowu ukazać dalszy tragizm postaci i fakt, że będzie go to dręczyć do końca życia, a nawet po jego śmierci. 

Bardzo podobają mi się relacje pomiędzy Punisherem a Henrym, który robi dla Castle’a naprawdę wiele, a ten po raz kolejny odtrąca swojego kompana. W komiksie jest to wyjaśnione na zasadzie Punishera jako niedostępnego ojca, na aprobatę którego trzeba sobie zasłużyć. Jest to idealny rys psychologiczny tej postaci, który dokładnie tłumaczy współpracę Franka z różnymi osobami, które spotyka na swojej drodze.  

Kolorystyka komiksu jest bardzo brudna. Nawet powiedziałabym, że wypłowiała. Czasami dobijająca aż do szarości. Zabieg ten zastosowano po to, aby zobrazować przede wszystkim to, czym Frank się zajmuje. Brudną robotą, której nikt inny nie chciał wykonywać. Warto też dodać, że każdy zeszyt w tym tomie jest autorstwa kogoś innego. Rysunki nie są zbyt detaliczne, ale za to na tyle dynamiczne, żeby nie odciągać uwagi od sytuacji, na której mamy się skupić. Nie mamy podziwiać paneli ani grafik, tylko dosłownie łyknąć całą akcję od razu. Zeszyt Frankencastle #21 autorstwa Dana Breretona jest mocno oderwany od całej przedstawionej dotychczas konwencji. Jest przepiękny, kolorowy, w innej stylistyce, ale wciąż kuszący kontrastem barw, różniących się od pozostałych, gdzie wszystko jest brudne i przytłumione. Tutaj mamy akcję na Wyspie Potworów. Tropikalną dżunglę, różnego rodzaju monstra i piękną Elsę Bloodstone, która chce uratować Franka od kompletnego zatracenia. Brakuje jedynie drinków z palemką, aby Punisher mógł dojść do siebie. Żałuję, że taka konwencja nie została utrzymana już do końca, bo to byłoby fantastycznym odświeżeniem pośród wszechobecnego zniechęcenia, smutku i zdołowania. 

Czy polecam ten komiks? Tak. Mimo że jest dość absurdalny i momentami czarny humor jest na dość niskim poziomie, to nadal uważam, że jest to must-have dla fanów Punishera. Cena okładkowa omawianego tu tomu to około 160 zł.


Autorka: Lynn


Egzemplarz recenzencki otrzymaliśmy dzięki uprzejmości Egmont Polska. Jeśli recenzja przekonała Was do zakupu – opisywany tom/serię możecie nabyć tutaj.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x