„Marvel Swimsuit Special: Brand New Beach Day” #1 (2026) – Recenzja
Marvel Swimsuit Special: Brand New Beach Day #1 (2026)
Fanservice bez funu
Marvel i jego Swimsuit Special. No to nigdy nie było nic dobrego. Pretekstowe, oparte na fanservice’ie zeszyty, w których nikomu nie chodziło o fabuły, a rysunki. I tym razem też o treść nie chodzi, zresztą próby wczytywania się w to wszystko tylko jeszcze bardziej psują efekt, ale ten numer, chyba najgorszy z tych speciali, także graficznie nie daje nic fajnego.
SWIMSUIT SEASON RETURNS AGAIN! GET YOUR SUPER HERO BEACH BODS READY!
You asked for it, so you’ve got it — the RETURN of the Marvel Swimsuit Special! Don’t worry, we ALSO heard your complaints that allegedly we’ve been „too safe” and „had too many words”, so we’re making this one SEXIER THAN EVER! (Pending S&P review.)
PLUS — four fun, zany, half-naked stories from across the Marvel Universe to whet your appetite so you can STILL say you read it for the articles!
Idea Swimsuit Special jest taka, żeby olać wszystko i pokazać bohaterów w strojach kąpielowych. Tyle. Japońscy twórcy, mangacy, jak wolicie, potrafią coś takiego zrobić, zwłaszcza w artbookach, ale dlatego, że oni nagość, półnagość, detal, pozy, urodę – wszystko, co się z tematem wiąże – dopieścili do maksimum i potrafią, jak nikt. W Marvelu potrafił Jim Lee, potrafili Kubertowie i paru innych, ale tam nie chodziło tylko o prezentacje postaci, ale i klimat, jaki budowali, czym wypełniali kadry etc., etc., etc. Teraz mało kto już tak potrafi, a tych, którzy umieliby coś wykrzesać, Marvel nie zatrudnił do tego numery.
Rysunki, którymi rzecz powinna stać, są nijakie. Jest parę niezłych momentów, ale to głównie wśród dodatkowych grafik. W głównych opowieściach jest nijako, zachowawczo, bez serca, bez zaangażowania. Oby machnąć grafiki i lecieć dalej. A jeszcze mniej serca i zaangażowania ma treść. W ogóle nie wiem po co ta tu jest. Ani nie jest w najmniejszym stopniu ciekawa, ani nie ma większego sensu – bo nie liczą się relacje między bohaterami, jakie mamy w uniwersum, bo wszystko i tak ze swobodą traktuje postacie, nie dbając o konsekwencje i logikę – ani tym bardziej nie jest dobrze wykonana.
Zawód i to duży, chociaż po Swimsuit Special niczego dobrego. Twórcom udało się jednak osiągnąć coś niebywałego: czysty fanservice, w którym nie ma grama funu.
Autor: WKP











