„Ultimate Universe: Finale” #1 (2026) – Recenzja
Ultimate Universe: Finale #1 (2026)
Ultimate fail
Coraz częściej nie rozumiem tego Marvela. Mieli kiedyś mega fajne uniwersum, to zamknęli je i włączyli do głównego (mówię o pierwszym Ultimate) i ciągnąc tak temat dalej, spartolili i to mocno. Potem wrócili do świata Ultimate, ale innego i wyszło im dobrze, więc… Więc musieli je na szybko zamknąć i się okazało, że to jednak był strzał w kolano, dlatego obecnie starają się coś z tym zrobić. Ale, jak widać po tym zeszycie, chyba nikt nie wie, co. Oto Ultimate Universe: Finale #1.
THE ULTIMATE GOODBYE… Following the events of ULTIMATE ENDGAME #5, the creative teams of all the Ultimate books come together one last time to say farewell…
Na ten zeszyt składa się łącznie pięć historii, z których niewiele wynika. Zebrali się tu twórcy różnych serii by coś tam raz jeszcze o swoich postaciach dopowiedzieć. Niepotrzebnie. Czasem udaje im się zrobić coś niezłego, ale jedynie chwilowo. W tym zeszycie niezłe są sceny, a nie same historie. Nawet Spider Hickmana jest jakby na siłę i nic z niego nie wynikało. Czasem te historie dają obiecywany finał, częściej to jakby podbudowa pod to, co będzie i…
No i to, co mogłoby z tego być najczęściej nie nastraja optymistycznie. Są rzeczy, które mogą wypaść ciekawie, większość jednak zapowiada się nijako, zwłaszcza gdy patrzeć na to, jak wyglądają poszczególne historie, i o wiele lepiej już by było, gdyby to faktycznie był finał. Marvel nie potrafił wykorzystać okazji i szansy, jaką otwierało przed nim to uniwersum. Czy chciał podsycić naszą ciekowość, kończąc je i planując ciągnąć dalej, czy nie, zabieg się nie udał i wywołał co najwyżej zniechęcenie. A ten numer to taka kropka nad „i” tego wszystkiego.
Kto komplecistą, kto czytał wszystko z serii i chce więcej, śmiało może przeczytać, bo coś tam rzecz dodaje, a i rysunkowo, choć nierówna, jest całkiem fajna. Ale to o wiele za mało.
Autor: WKP









