„Avengers: Zebrani” (Tom 13) – Recenzja
Avengers: Zebrani (Tom 13)
W tym miesiącu, dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont, miałem możliwość zapoznać się z komiksem Avengers: Zebrani. W skrócie mógłbym go opisać słowami: Więcej, mocniej, szybciej, czyli wszystko to, czym powinien być komiks superbohaterski. No i w sumie dobrze, bo czy w tym całym wszechobecnym doszukiwaniu się głębi zwykły akcyjniak jest zły? Ja przekonałem się, że nie.
Trzynasty i ostatni tom przygód Avengers z serii wydawniczej Marvel Fresh!
Najpotężniejsi bohaterowie wszystkich światów i epok jednoczą się, by stanąć do bitwy przekraczającej granice wyobraźni… a może również możliwości. To starcie rozegra się nie tylko na prehistorycznej Ziemi, napadniętej przez superłotrów, lecz także w Wieży wznoszącej się w mrocznym sercu multiwersum. Jedyną nadzieją bohaterów na ocalenie wieloświata jest tajemniczy Avenger Prime. Nikt jednak nie zna jego prawdziwej tożsamości… ani rzeczywistego celu. Czy poprowadzi herosów do zwycięstwa, czy okaże się zdrajcą, który na zawsze pogrąży multiwersum w mroku?
Autorem tej opowieści jest Jason Aaron, zdobywca Nagrody Eisnera i innych najważniejszych komiksowych wyróżnień, znany z takich serii jak: „Skalp”, „Thor Gromowładny” i „Potężna Thor”, „Punisher Max” czy „Conan Barbarzyńca”. Rysunki stworzyli między innymi Javier Garrón („Inhumans kontra X-Men”, „Śmierć X”), Bryan Hitch („Ultimates”), Aaron Kuder („Thor”, „Strażnicy Galaktyki”) i Jim Towe („Star Wars. Wielka Republika”).
Komiks Avengers: Zebrani jest ostatnim tomem tego cyklu. Zamknięciem. Wielkim finałem historii. Na początku nie podchodziłem do niego jakoś szczególnie entuzjastycznie, no bo przecież wiedziałem, czego dokładnie się spodziewać, czyli dokładnie tego samego, co we wszystkich poprzednich seriach komiksowych o Avengers, innych crossoverowych eventach, a nawet filmach. No i właśnie to znalazłem, tak jak pisałem we wstępie.
Więcej, czyli taka mnogość marvelowych postaci, że wręcz wysypywały się one ze stron tego komiksu. Naprawdę, tom był nimi wypełniony po korek, a śmiałbym powiedzieć, że nawet ciut, ciut bardziej. Historia w tej opowieści obejmuje swoimi ramami całe multiwersum, więc oprócz tradycyjnego wachlarza postaci Domu Pomysłów dostajemy także mnogość ich alternatywnych wersji.
Szybciej, czyli akcja pędząca na złamanie karku. Od bitwy do bitwy. W zasadzie 90 procent tego tomu stanowią bitwy toczone na różnych polach i z różnymi wrogami. Ale w tym szaleństwie jest metoda. Bitwy przechodzą od prehistorycznej wojny z największymi złolami Dooma, przez wojnę na krańcu czasu z Armią Doomów i Mephistów, aż po ostateczną konfrontację z Mega Mephistem. Niby szybko, ale wszystko jest tak zwinnie i umiejętnie połączone, że człowiek nie ma problemu z nadążeniem. Ba, nawet nic nie mąci mu ani nie miesza się w głowie. Mimo tempa następujące po sobie konflikty mają bardzo krótkie, ale mocno skondensowane przerywniki przedstawiające to, co się wydarzyło, i wyjaśniające powody kolejnych potyczek.
Mocniej, czyli wszyscy najpotężniejsi bohaterowie, tak samo jak antagoniści, zebrani w jednym tomie. No to musiało się skończyć mega rozwałką. Pokazów siły i uderzeń mocy mamy tutaj bez liku, a połowa tomu wręcz od nich błyszczy i iskrzy. Mamy ognie różnych wersji Ghost Riderów i Feniksów, mocne uderzenia i ataki piorunami Odyna oraz Thora, mamy Galactusa pożerającego planetę Dooma i dużo, dużo więcej.
Co prawda przy takiej liczbie postaci ciężko jest związać się z konkretnymi bohaterami i z nimi utożsamić, ale w tym przypadku nie jest to potrzebne. Tutaj interesuje nas po pierwsze konflikt, po drugie osoby będące na czele, te, które przewodzą stronom, a reszta ma być miłym dodatkiem cieszącym oko i wyobraźnię. No bo kto z Was nie chciałby zobaczyć w walce legionu różnych wersji Kapitana Ameryki, dającego łupnia różnym wersjom Dooma?
Jason Aaron wykazał się w tym komiksie zręcznością i finezją pisarską. Złapał wiele srok za ogon i połączył je tak, że mimo mojego neutralnego podejścia wciągnąłem się w całość, a na koniec stwierdziłem, iż było to naprawdę świetne. Żeby było śmieszniej, sprawił to akcją, akcją i jeszcze raz akcją, lekko przyprawiając wszystko kilkoma twistami, takimi jak Loki jako Prime Avenger, zgrabnym ciągiem wydarzeń i masą postaci. Naprawdę, szacunek dla Aarona za pokazanie, że prosty scenariusz i akcja nie przeszły do lamusa i nadal można z nich zrobić wciągającą pozycję.
Jak dla mnie komiks ten był dla ilustratorów niemałym wyzwaniem, bo, jak już pisałem, mnogość postaci w kadrach jest zatrważająca. Podejrzewam, że taka liczba bohaterów nieraz przyprawiała Javiera Garróna, Aarona Kudera, Jima Towe’a, Briana Hitcha i Ivana Fiorellego o ból głowy. Udało im się jednak osiągnąć kompromis pomiędzy epickością wydarzeń a ujęciami postaci. Bohaterowie, którzy akurat mieli znaczenie w historii, byli odpowiednio wyeksponowani, a reszta pozostawała na drugim planie. Fale mocy i potyczki miały odpowiedni wydźwięk, a kolory zawsze pasowały do przedstawianych scen. Także tutaj wykonano kawał porządnej roboty.
Album liczy 288 stron wypełnionych akcją. Zawiera materiały opublikowane pierwotnie w zeszytach Avengers Assemble Alpha #1, Avengers #63–66, Avengers Forever #12–15 oraz Avengers Assemble Omega #1.
Komiks ma miękką okładkę, ale jest porządnie sklejony, dzięki czemu strony nie zaczynają wypadać po kilku przekartkowaniach komiksu. Okładka ma skrzydełka, które świetnie sprawdzają się jako zakładka, dzięki czemu nie musimy martwić się o to, aby mieć takową przy sobie. Papier jest śliski, ale nie na tyle, by trudno było złapać stronę, a do tego jest dość gruby, co pomaga w spokojnym kartkowaniu albumu. Wydanie nie jest bardzo grube, więc wystarczy przysiąść raz, a porządnie, by pochłonąć komiks w całości. Jeżeli jednak nie mamy do dyspozycji całego wieczoru i potrzebujemy zabrać go ze sobą do szkoły, pracy lub chociażby w podróż, pozycja jest na tyle lekka, że nie nabawimy się przez nią bólu pleców.
Jeżeli chodzi o wydruk, jest on bardzo wyraźny i nic się nie zlewa. Rozłożenie kadrów jest przemyślane, a wszystkie te, które potrzebują podwójnej strony, są umiejscowione tak, aby można było je sobie swobodnie pooglądać. Części opowieści są odpowiednio oddzielone, no i mamy sporą liczbę dodatkowych informacji, listów, raportów oraz alternatywnych okładek. Także Egmont wykonał kawał dobrej roboty.
Avengers: Zebrani to świetna pozycja, ale tylko wtedy, gdy nie będziemy oczekiwać od tej powieści graficznej zbyt dużej głębi i dokładnego poznawania bohaterów. Cóż, od tego są solowe pozycje. Końcówka tej opowieści, jaką zaserwował nam Aaron, jest emocjonująca i efekciarska, a w połączeniu z szybkim tempem akcji historia wchodzi lekko i przyjemnie. Ani się spostrzeżemy, a będziemy mieli ją pochłoniętą i zostaniemy z chęcią na więcej.
Ode mnie to tyle. Mam nadzieję, że wyczerpująco i bez zbytniego spoilerowania przekazałem swoją opinię na temat tego komiksu. Jest to pozycja zarówno dla nowych czytelników, jak i starych fanów, z którą naprawdę warto się zapoznać, ale oczywiście decyzję o kupnie pozostawiam Wam.
Tyle ode mnie. Enjoy. 🙂
Autor: DD

Egzemplarz recenzencki otrzymaliśmy dzięki uprzejmości Egmont Polska. Jeśli recenzja przekonała Was do zakupu – opisywany tom/serię możecie nabyć tutaj.




