KomiksyTeksty

„Heroes Reborn. Odrodzenie Bohaterów: Fantastyczna Czwórka” – Recenzja

Heroes Reborn. Odrodzenie Bohaterów: Fantastyczna Czwórka

Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam sposobność poczytać jakikolwiek komiks o przygodach najpopularniejszej rodziny w Uniwersum Marvela, czyli o Fantastycznej Czwórce. Do tej pory jakoś się z nimi mijałam, ale dzięki uprzejmości wydawnictwa Egmont Polska, miałam szansę pobyć z nimi przez całą długość trwania tej jakże masywnej opowieści. Mówię o Heroes Reborn. Odrodzenie Bohaterów: Fantastyczna Czwórka od Jima Lee, Scotta Lobdella oraz Brandona Choi, przepotężnym tomiszczu, który zawiera odświeżoną historię przygód o Fantastycznej Czwórce sprzed trzech dekad. Było to dla mnie spore wyzwanie, ale koniec końców podołałam.


Fantastyczna Czwórka w kultowym stylu lat dziewięćdziesiątych!

Po katastrofalnym starciu z Onslaughtem pierwsza rodzina Marvela – Reed Richards, Sue Storm, Johnny Storm i Ben Grimm – zaczyna życie od nowa dzięki legendarnemu rysownikowi Jimowi Lee. Superzłoczyńcy nie zamierzają im jednak niczego ułatwiać i aż się palą, by zaatakować z ziemi, morza i oczywiście Latverii! Nawet ci wrogowie zbledną jednak wobec straszliwego Galactusa i jego przepotężnych heroldów. Czy Fantastycznej Czwórce uda się ocalić Ziemię przed Pożeraczem Światów?

Cykl „Heroes Reborn” to jeden z najbardziej kontrowersyjnych, a zarazem fascynujących eksperymentów w historii Domu Pomysłów. To Marvel widziany oczami twórców Image Comics – Jima Lee, Roba Liefelda czy Whilce’a Portacio, którzy w 1996 roku połączyli siły, by tchnąć nowe życie w kultowe postacie z Avengers i Fantastycznej Czwórki. Z ich pomocą superbohaterowie odrodzili się w zupełnie nowym świecie, pełni szalonej energii lat dziewięćdziesiątych i wolni od ograniczeń wynikających z ich dotychczasowej historii w Marvelu. Dzięki temu „Heroes Reborn. Fantastyczna Czwórka” to zarazem nostalgiczna podróż w czasie i komiks, po który śmiało mogą sięgnąć nowi czytelnicy.

Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w zeszytach „Fantastic Four” (1996) #1–12. Fabułę i scenariusz stworzyli Jim Lee, Scott Lobdell i Brandon Choi, a rysunki przygotowali Jim Lee, Brett Booth oraz Ron Lim.


Komiks zaczyna się z grubej rury. Czwórka odważnych kosmonautów wyrusza na niebezpieczną misję, od początku zagrażającą ich życiu. Zostają napromieniowani i w wyniku tego zdarzenia zdobywają moce, które później wykorzystują, ratując świat od niejednej opresji. Najpierw ścierają się z Mole Manem, później mają krótkie, acz pamiętne spotkanie z Namorem, a do pakietu dołącza Victor Von Doom, który ma ewidentnie niewyrównane rachunki z Reedem. Wszystko to jednak pikuś w porównaniu do zagrożenia, jakie niesie z sobą inwazja Galactusa na Ziemię, której nawet Avengersom jest ciężko stawić czoła. Czy uda im się pokonać tak potężną istotę?

Ogólnie mam problem z tym komiksem. Z jednej strony fabuła mnie mega szybko wciągnęła, a sama treść zaciekawiła. Postacie naprawdę są znakomicie zarysowane i każdy z głównych bohaterów ma swój moment, żeby zabłyszczeć. Sue mierzy się z traumą związaną z faktem, że nie może mieć dzieci, a nagłe wizje, w których pojawia się Franklin, nie ułatwiają sprawy. Reed musi skonfrontować się ze swoją przeszłością, a zwłaszcza z dawnym przyjacielem. Johnny leczy serce po swojej niedoszłej miłości, a Ben nie jest w stanie pogodzić się ze swoim kamiennym stanem. Te wątki ciekawiły mnie bardziej niż same nawalanki w opowieści, które też są niesamowite, ale nie tak frapujące jak ten przyziemny, ludzki aspekt historii. F4 to prawdziwa rodzina, a każdy jej członek największą batalię prowadzi sam/sama z sobą. I to najbardziej do mnie przemówiło. Dodatkowo sceny walk imponują, a zwrotów akcji nie brakuje. Jest jednak jedno ale.

Przebrnąć przez to tomiszcze było ciężko i sama się zastanawiam, czemu. Z jednej strony się wciągnęłam, bo akcja pogania akcję, a z drugiej strasznie dłużył mi się czas podczas lektury. Może to przez charakterystyczny, wręcz karkołomny styl pisania tamtych czasów, ale nie ukrywam, że chwilami męczyło mnie czytanie. Przydługie opisy i zbędne momentami komentarze wręcz sprawiały, że nieraz kręciłam oczami, a czas stawał w miejscu.

Za stronę graficzną komiksu odpowiadają Jim Lee, Brett Booth oraz Ron Lim, a za kolorystykę Joe Chiodo, Martin Jimenez, Jessica Ruffner oraz Wildstorm FX. Barwy są piękne i trafione w punkt, a kreska generalnie nienaganna i wyrazista. Zdarzały się jednak kadry, w których mimika postaci wręcz bawiła swoją groteską, a zbliżenia na pupę Sue nie były niezbędne. Ogólnie jednak wrażenia są pozytywne.

Oprawa Heroes Reborn: Fantastic Four jest mega solidna i wręcz nie do zdarcia, bo twarda i mocna. Nie ma mowy o jakichkolwiek zagnieceniach, a przez to, że kartki są śliskie, szybko się wertuje poszczególne strony. Okładka główna komiksu, jak i alternatywne jej wersje, to istne dzieła sztuki, które z przyjemnością analizowałoby się w szkole. Czcionka jest jak najbardziej czytelna, a tłumaczenie Marka Starosty jak zwykle z grubsza wierne treści oryginału.

Summa summarum, Odrodzenie Bohaterów: Fantastyczna Czwórka to naprawdę porządny komiks, pełen akcji, ciekawych wątków pobocznych na równi z tymi głównymi, fantastycznych (!) występów gościnnych, w tym np. X-Menów czy Inhumans, o Avengers nie wspominając, a także wielu zwrotów wydarzeń. Mimo, że przez styl pisania ciężko niejednokrotnie brnęło mi się przez dalsze części historii, tak w ogólnym rozrachunku komiks dowozi i nie zawodzi. Myślę więc, że te 149,99 zł jest warte swojej ceny.


Autorka: Rose (Vombelka)


Egzemplarz recenzencki otrzymaliśmy dzięki uprzejmości Egmont Polska. Jeśli recenzja przekonała Was do zakupu – opisywany tom/serię możecie nabyć TUTAJ.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x