KomiksyTeksty

„Amazing Spider-Man” #1000 (2026) – Recenzja

Amazing Spider-Man #1000 (2026)
Niesamowity Spider-Gniot

Spodziewałem się tego od samego początku. Byłem wręcz pewien, ale i tak zamierzałem przeczytać ten zeszyt. A może jednak mnie zaskoczy? Może redaktorzy Marvela wiedzą, co robią (taa, jasne, od paru lat to pokazują…) i na tysięczny numer Pająka, tak wielkie wydarzenie, jednak trzymają asa w rękawie. Ale nie. Ten komiks to totalny gniot, żenada i wstyd. Najgorszy okrągły numer w dziejach Pająka, historia na siłę pozlepiana z samych ogranych motywów, gdzie nie ma nawet grama inwencji, ale za to jest kiepskie wykonanie. I to też chyba jedyny przykład komiksu, w którym dodatkowe historyjki są lepsze od głównej, chociaż tu też tak naprawdę tylko DeMatteis zrobił coś naprawdę dobrego. Reszta to wstyd, że Marvel rzucił nam taki ochłap i nawet tysięcznego numeru nie jest w stanie uszanować.


THE BIGGEST ISSUE IN AMAZING SPIDER-HISTORY! Spider-Man faces his greatest fear and his most frightening new villain in decades…RAVAGE! Plus, some of the greatest creative minds on Earth honor one thousand issues of THE AMAZING SPIDER-MAN! NOAH HAWLEY (Alien: Earth, Fargo, LEGION) makes his comic book debut, Frank Miller and Peach Momoko collaborate for the first time, Stuart Immonen and Brian Michael Bendis return to Spider-Man together, and some of the best ASM creators return to the title! Don’t miss September’s PREVIEWS for more art and talent reveals!


Fabuła? Trudno to nawet nazwać fabułą, bo całość da się streścić w dwóch zdaniach. Ale spróbujmy trochę napisać, co i jak. A więc tak. Peter pędzi do szpitala, bo ciotka May miała wylew. Cormac tam już czeka, jest przy jej łóżku i… I wtedy okazuje się, że cioteczka Petera nie pamięta. No, ale to dopiero początek, bo okazuje się, że wszystko to wina Cormaca, który chce się na Peterze zemścić za to, że ten zajął w zasadzie jego miejsce. I tak zaczyna się pojedynek… pośród wspomnień.

I, o k…, ja pier… jakie to jest złe. Poważnie. Już początek runu Kelly’ego był kiepski, ale to, co zrobił na tysięczny numer, to chyba było na zasadzie „Ja nie zrobię gorszego? Ja? Potrzymaj mi piwo”. I zrobił. To jest gorsze niż run Spencera czy Wellsa. Pomysł wyjściowy mamy taki, że ciotka May miała dziecko, a to teraz wróciło (a ludzie pluli na Millara za tę samą koncepcję w Trouble, chociaż tam zrobił to naprawdę świetnie) i to przynosi kłopoty. Zeszyt zaczyna się od wylewu i to też powtórka z rozrywki, ale w czasach wprowadzenia do „Sagi klonów” to było coś, DeMatteis tam pozamiatał, skupiając się na relacjach, psychice, emocjach, załamaniu… Świetnie podobny motyw, ale z postrzeleniem, pociągnął Straczynski. A Kelly bierze to i nie dość, że robi powtórkę, to jeszcze tak, jakby nie miał pomysłu, olewając emocje, aspekty psychiki bohaterów i wszystko, co mogło być w tym dobrego. Za to leci dalej, dając nam starcie z Cormackiem, który jest beznadziejnie skrojonym badassem ubranym, jakby robił cosplay marvelowskiego Black Knighta. No i ten ich pojedynek, w którym lecą przez wspomnienia. Matko, ile tego było. Pamiętacie, jak fajnie zrobił to Straczynski, gdy Peter musiał przejść przez najważniejsze wydarzenia swojego życia. Albo nawet Slott nieźle to zrobił, gdy Doc Ock chciał wymazać Petera i walczyli pośród wspomnień. Kelly robi to żenująco nijako, jakby od niechcenia, stawiając na to, by nie było w tym grama emocji czy czegoś ciekawego.

Więcej nie ma, bo historia urywa się w trakcie i będzie ciąg dalszy, ale kto chce czytać więcej. Graficznie nie jest źle, ale nawet na tym polu widać, że rysownikowi się nie chciało tym bzdet ilustrować. Są za to dodatkowe komiksy i… I tu też widać, że wszystko jest głównie po to, by pokazać parę nazwisk, które uwielbiamy, i niewiele poza tym. DeMatteis w shorcie dziejącym się na pogrzebie Harry’ego w klasycznych numerach, serwuje nam fajne wniknięcie w psychikę, emocje, dramat, wątpliwości. Ale to tyle. Frank Miller – miły akcent – z Peach Momoko zrobili historię o niczym, chociaż charakterystyczny, patetyczny i ascetyczny styl narracji Franka coś tu wyróżnia. Ale już np. taka historia o Peterze emerycie (znowu), który spotyka Gwen, chociaż ta nie żyje, to już pokaz, że to wszystko odgrzewaniem kotletów stoi, bo mamy tu i umierającego wroga, któremu zostało niewiele życia i chce… no sami zobaczycie, i Petera na starość, i… i… Same potworki, nieco inaczej posklejane, ale jednak. Niezły jest Bendis, ale niestety, jak na niego, to komiks mocno nijaki, ale nawet Slott jest tu lepszy niż Kelly. Niestety mimo paru fajnych nazwisk, nawrzucano tu byle jakich twórców. Bo gdzie Straczynski? Gdzie, Michelinie? Gdzie…? Długo by można. Jest jak jest.

A głównie jest niesmak. Żal. 1000 numerów. Przecież dotąd coś takiego osiągnęły tylko Detective Comics i Action Comics i tam się postarano, a choć nie były to wielkie zeszyty, miały w sobie sporo fajnego. Ten tego nie ma. W skrócie – po tysiąckroć nie warto. Ot, jakby Marvel splunął w twarz fanom. Ale chociaż zmieniono beznadziejną okładkę na nijaką.


Autor: WKP

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x