„Amazing Spider-Man/Venom: Death Spiral” #1 (2026) – Recenzja
Amazing Spider-Man/Venom: Death Spiral #1 (2026)
Maximum Absolute Carnage, Spider-Man, Venom
Wzięło się trzech gości, którzy czasem pisać potrafią, częściej jednak partolą komiksy i spróbowali opowiedzieć coś razem. Jak im to wyszło? Spuśćmy lepiej zasłonę milczenia, bo Amazing Spider-Man/Venom: Death Spiral to po prostu komiks przykry w odbiorze, zbierający wszystko, co dzieje się w opowieściach z Pająkiem i Venomem od dłuższego czasu. Wszystko, co… nie, nie powiem najgorsze, bo to by znaczyło, że w tych seriach dzieje się coś dobrego, a tak nie jest, a już na pewno nie w Venomie Ewinga.
FIRST YOUR FRIENDS. THEN YOUR FAMILY. THEN YOU. The next epic SPIDER-MAN and VENOM crossover starts here and continues through April! A new super-powered serial killer is on the loose and they’re coming for Spidey, Venom and everyone in between. But what terrible secret has CARNAGE learned, and what does it have to do with Spider-Man?!
Scenarzystów jest tu trzech. Charles Soule (który spartolił Powrót Wolverine’a i pisał słabe Star Wars), Joe Kelly, katujący w ostatnich latach Amazing Spider-Mana równie zaciekle, co wcześniej Spencer czy Wells, a wreszcie Al Ewing, który tak spier… zepsuł nam Venoma (jeśli czytaliście wydany po polsku pierwszy tom, który współtworzył, to wiecie, jak wtórne i oczywiste to wszystko było, ale szczerze mówiąc prawdziwy festiwal żenady dopiero przed wami, bo pomysły, które uskuteczniał potem są tak głupie, że nie da się tego przełknąć). No i oni postanowili wziąć wszystko, co robili do tej pory i wrzucić do jednego wora.
I kiepskie to jest. Z jednej strony mamy wszystkie te idiotyczne pomysły, których mam dość (MJ – kto czyta, wie o czym mówię), z drugiej twórcy pomysłów na samą opowieść już nie mają. Ciągną tu dalej swój kram, splatają wątki, ale tak naprawdę po raz kolejny odgrzewają kotlet Maximum Carnage. Stawiają tu co prawda na tajemnicę seryjnego mordercy, ale to wątek nijaki, pretekstowy i przez to nieciekawy. Sam zeszyt zaś to rzecz bardzo, bardzo prosta, dzieje się tu w zasadzie niewiele i nie zachęca do sięgnięcia po więcej. Patrząc na to wszystko, Maximum Carnage czy Absolut Carnage (z którego też jest tu sporo), choć żadne to cuda, były historiami o niebo lepszymi – i to już na samym ich początku.
Graficznie też mi to nie siadło. Rysunki są nijakie, kolor podkreśla jedynie ich wady, a klimat, który pojawia się sporadycznie, zamiast dominować, szybko znika. Szkoda. Ale z drugiej strony czy można się było spodziewać czegoś dobrego? Niestety nie. Fani i tak przeczytają, ale jeśli nie są nowymi czytelnikami, którzy nie znają najważniejszych symbiotycznych opowieści, nie mają tu za wiele czego szukać.
Autor: WKP









