„The Amazing Spider-Man Annual” #1 (2026) – Recenzja
The Amazing Spider-Man Annual #1 (2026)
Komiks po nic
Zacznijmy od tego, że Annuale nigdy nie były jakieś dobre. Wiadomo, czasem zdarzyło się coś istotnego, jak w pierwszym serii Amazing Spider-Man, gdzie po raz pierwszy pojawiła się złowieszcza szóstka, ale i tak miałkie i kiczowate to było. Ot oby widowiskowo. Ale od lat to bardziej już nie oby widowiskowo, a oby coś dodać. I to najczęściej byle co. I to właśnie tu mamy.
RAPID RESPONDERS! SPIDER-MAN shows new speedster RAPID around the friendly neighborhood! Rapid has A LOT to learn about the super-hero game! But the training wheels come off when SCREWBALL live streams death and destruction across NYC!
Saladin Ahmed to jeden z tych scenarzystów, którzy jak dla mnie powinno co najwyżej fanfiki pisać. Jeśli coś mu się uda, jak jeden zeszyt w Beyond chociażby, to nijak nie pasuje to do serii, opowieści czy fabuły. Reszta wychodzi mu w formie ciężkostrawnej, wtórnej i sztampowej. Tak właśnie jest tutaj. A wspierający go Kelly potwierdza po raz kolejny, że dobrze robię nie czytając dalej jego Amazing Spdier-Mana, bo kiepści.
To taki komiks, który nie w zasadzie żadnego znaczenia. Nic nie wprowadza, nic nie zmienia, nic nie wnosi. Okej, jednocześnie nic nie wymaga od czytelnika, można w to wejść bez znajomości serii, ale do sięgnięcia po serię nie zachęca. Trochę akcji, trochę gadania, więcej nudy niż frajdy i postacie nakreślone byle jak, na kolanie. Przeczytałem to i zero mnie tu cokolwiek i ktokolwiek obchodził.
Graficznie jest też nijako, czasem lepiej, czasem, jakby ktoś szkic machnął i nie poprawiał, byle już poleciało w nadziei, że kolorysta dociągnie, a ten się starał, ale cudów z czymś takim nie zrobi. Bo i po co. I pytanie „po co” w zasadzie dobrze określa ten komiks. Po co powstał? Z perspektywy fabuły, po nic. Ale Marvel i tak będzie wypuszczał takie rzeczy, póki kasa się będzie zgadzać, a szkoda.



