„Iron Man” #1 (2026) – Recenzja
Iron Man #1 (2026)
Jeszcze raz to samo
Joshua Williamson, no nie trawię komiksów faceta. Drętwe dialogi, jakby gość z ludźmi nie za wiele rozmawiał, sztampowe, wtórne pomysły i jeszcze wykonanie, które zawsze stało poniżej oczekiwań. Były nieliczne wyjątki, ale… No właśnie, sami wiecie. Ten Iron Man to z jednej strony wszystko to, co i Williamsona typowe, z drugiej taki wyjątek, co jednak nieźle się czyta. Ale raczej zamiast budzić apetyt na więcej, budzi, ale tęsknotę za historiami z Tonym, do których lepiej wrócić po raz kolejny, niż iść w to nowe.
The unapologetic Iron Man is a once-in-a-lifetime hero – but the beating heart behind the armor is a once-in-a-century genius. Years ago, Tony Stark was knocking on death’s door, so he created the Iron Man armor to survive! What happens the next time death comes calling? What weapon does he create then? What if…someone else creates it first? These questions have haunted Tony for years, a ticking time bomb inside of him waiting to explode. Femme fatale Madame Masque has also asked these questions, and with the power of Advanced Idea Mechanics behind her…she’s ready to create the next great weapon. Welcome superstar JOSHUA WILLIAMSON as he makes his powerful return to the hallowed halls of Marvel, taking the reins of the Golden Avenger with Legacy Stormbreaker CARMEN CARNERO! This is classic super-hero storytelling in the MIGHTY MARVEL MANNER, just how you like it!
Jak widzicie po opisie, ten komiks to próba powrotu do korzeni. Widać to po otwierającej go scenie, która gra na sentymentach, odtwarzając origin postaci. I grać stara się tu całość, ale… No właśnie, to taki recykling motywów. Mam wrażenie, że Williamson chciał tu zrobić drugie Pięć koszmarów, z tym, że już tamta historia, choć bardzo dobra, była wtórna względem chociażby Extermisa. A to, że Tony umiera i kombinuje co jeszcze, co więcej i co dalej to też żadne novum, łagodnie mówiąc, nie jest.
Oczywiście jeśli to ma być Wasza pierwsza seria z Żelaznym, śmiało możecie, wtedy odgrzewanie kotletów nie drażni tak bardzo. Ale już to, że całość pisana jest jednak byle jako, tak. Są tu rzeczy, które miały zagrać emocjonalnie, ale że nie mieliśmy czasu się w nie wczuć, nie działają. Jest niezły finał, ale czuć w nim naciąganą próbę zachęcenia nas do kupna kolejnego numeru, a nie autentycznie dobrą retardację, a to, co najlepiej się tu broni, czyli akcja, broni się głównie dzięki widowiskowym rysunkom.
Przeczytać można, in plus zaliczam, że rzecz jest niezła jako nowe otwarcie i coś tam próbuje iść w oldschool. Ale dla mnie to za mało.
Autor: WKP










