„Wonder Man” (2026) – Recenzja
Wonder Man (2026)
Dawno nie miałem już ochoty tak po ludzku usiąść i zrecenzować czegokolwiek związanego z kinem superbohaterskim i ku mojemu zdziwieniu nagle nadeszło coś, na co nie czekałem w ogóle. Coś, co kompletnie zmieniło ton, wydźwięk, klimat i perspektywę produkcji superhero, bez względu na to, czy byłby to film, czy serial. Wonder Man… jakże małą wiarę miałem w ten serial i w samą postać.
Interesuję się komiksami Marvela od kiedy byłem dzieckiem, znam te postaci, były ze mną praktycznie od zawsze. Jednak samego Wonder Mana nigdy nie zaliczałem do grona moich ulubionych bohaterów, choć wiedziałem, że jest to osoba tak potężna, iż można ją postawić w zasadzie w jednym szeregu z Captain Marvel, Thorem czy Sentrym albo Hyperionem. Koleś jest zasadniczo żywą energią w ludzkiej formie z całym zestawem nadnaturalnych umiejętności, a pozbawienie go życia graniczy z cudem. To taki ktoś, że w przypadku prowadzenia sesji RPG, mistrz gry zrobiłby z niego ultymatywnego przeciwnika dla swojej drużyny śmiałków i nawet wtedy nie byłoby pewności, że podołaliby temu wyzwaniu.
Mało tego. W związku z tym, że Simon Williams (w tej roli fenomenalny Yahya Abdul Mateen II), czyli tytułowy Wonder Man, jest jednocześnie superbohaterem z miejscówką w składzie Avengers, człowiekiem oraz aktorem i miewa też typowo ludzkie, a momentami czysto biznesowe problemy, można uznać go za postać określaną mianem meta. Takie mrugnięcie okiem w stronę fana, widza czy czytelnika. I taki też jest ten serial. Jest meta. Doskonale wie, co chce przedstawić i jak chce to zrobić.
Nie będę tu niczego spoilerować, więc o fabule będę mówił bardziej ogólnikowo. Cała historia zaprezentowana w Wonder Manie to tak naprawdę opowieść o tym, jak nie porzucać i nie odpuszczać własnych marzeń. O tym, jak radzić sobie z utratą ukochanej osoby. Jak pomiędzy kompletnymi obcymi rodzi się niesamowita przyjaźń, dla której można zrobić naprawdę wiele. Jak mierzyć się z sekretami i skrywanymi przed wszystkimi częściami własnego ja. Jak niełatwe potrafi być życie w pewnych momentach. Jak rodzina bywa jednocześnie wspierająca i dołująca.
Niby mamy tu osiem dość krótkich odcinków, ale wszystkie te wątki są upakowane, schludnie przedstawione i domknięte w taki sposób, że nawet w przypadku braku drugiego sezonu (bo na razie nie wiemy, czy takowy powstanie) całość nadal ma sens. Oprócz tego powracają i rozwijane są wątki z takich produkcji jak Iron Man 3, Shang-Chi czy Ms. Marvel. Zaczynamy od polowania na wymarzoną fuchę, przechodzimy przez historię przypadkowo rodzącej się przyjaźni na całe życie, a kończymy… nie, tego Wam nie powiem. To musicie sprawdzić sami.
Simon w trakcie tej podróży przechodzi przez pełne spektrum emocji. Od radości, wstydu, zażenowania, braku wiary w siebie, strachu i wściekłości aż po dumę i poczucie spełnienia. A widz przechodzi tę drogę razem z nim. Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie, na tę chwilę, może to być jedna z najbardziej ludzkich postaci w historii całego MCU.
Na największe uznanie zasługuje tu jednak bromance Simon x Trevor. W życiu bym nie pomyślał, że postać, którą od lat w ramach Kinowego Uniwersum Marvela kreuje Ben Kingsley, oraz wszystko, co jej dotyczy, tak mnie porwie. Trudno uwierzyć, że startowaliśmy z pułapu comic reliefu, a dotarliśmy do tak złożonej osobowości. W Wonder Manie Trevor działa na kilku płaszczyznach. Jest starszym kolegą po fachu, mentorem, przyjacielem i jedynym realnym wsparciem Simona. Jego strefą komfortu. Kimś, kto potrafi do niego dotrzeć i uspokoić w odpowiednim momencie.
Jednocześnie sam musi mierzyć się z problemami wynikającymi z jego przeszłości jako Mandaryn. Ta łatka, mimo upływu lat, wciąż się za nim ciągnie. Jak to ładnie mówi się po angielsku: you can’t outrun your past. It will always catch up to you. Nigdy nie uciekniesz od tego, co było. Prędzej czy później i tak Cię dopadnie. Pozostaje jedynie się z tym pogodzić i spróbować sobie z tym poradzić. I dokładnie to tutaj dostajemy. Podane w sposób wyśmienity. Prawie jak najlepszy stek z najdroższej knajpy.
Bromance’ów w MCU było już sporo. Iron Man i War Machine. Kapitan i Wdowa (o ile można to tak nazwać w ich przypadku). Kapitan, Falcon i Winter Soldier. Spider Man i Ned. Human Torch i The Thing czy Deadpool i Wolverine. Zazwyczaj były żarciki, przekomarzanki i kumpelski banter. Tutaj dostaliśmy coś zupełnie innego. Bardziej emocjonalnego, bliższego temu, co po angielsku określa się po prostu jako drama. Coś bardzo ludzkiego i przyziemnego.
Kolejnym ogromnym plusem Wonder Mana jest to, że praktycznie nie trzeba znać MCU, by cieszyć się tym serialem. Jasne, jeśli śledzicie to uniwersum od 2008 roku (zaraz miną dwie dekady od jego startu), wyciągniecie z niego trochę więcej, ale nie jest to warunek konieczny. Większość postaci pojawia się tu po raz pierwszy, a opowieść jest bardzo lokalna. Z tego powodu nie dostajemy też wielkich scen akcji ani lawiny CGI. I bardzo dobrze, bo największą siłą Wonder Mana są dialogi. Być może jedne z najlepszych, jakie kiedykolwiek pojawiły się w MCU.
Jestem świadomy, że właśnie przez to Wonder Man będzie miał tyle samo fanów, co antyfanów. Niektórzy od Marvela oczekują głównie tego, by ludki w rajtach dawały sobie regularne klapsy w dziąsło i trudno się temu dziwić. Gdyby 10 lat temu ktoś powiedział mi, że spędzę dwa wieczory z wypiekami na twarzy, oglądając perypetie początkującego aktora z tego samego uniwersum co Iron Man, Spidey czy Cap, pewnie umarłbym ze śmiechu. Cóż, ludzie dojrzewają. Wraz z nimi dojrzewają ich wymagania. I dojrzewają też kinowe uniwersa.
Wonder Man to coś, czego MCU nigdy wcześniej nam nie dało. To zamknięta historia w ramach cyklu Marvel Spotlight, która przedstawia zupełnie nową postać z pakietem emocji, problemów i marzeń oraz czystą kartą, którą od teraz będzie zapisywać na naszych oczach. Komiksowy Simon jest jedną z najsilniejszych jednostek na planecie, a aktor go odgrywający ma kosmiczne pokłady charyzmy i talentu. Z tych właśnie powodów byłoby ogromną stratą, gdyby Wonder Man zakończył swój udział w MCU na tym etapie.
Coś mi jednak mówi, że zobaczymy go jeszcze nie raz. Nie wprowadza się postaci o takim kalibrze bez długofalowego planu. Bardzo liczę na drugi sezon albo na dołączenie Simona do głównego składu Avengers. A najlepiej na jedno i drugie. Trzymam kciuki.
Autor: SQ









