„The Last Wolverine” #1 (2025) – Recenzja
The Last Wolverine #1 (2025)
The Wonderful Wolverine
Age of Revelation to opowieść, w której jak dotąd bardzo niewiele zeszytów miało przyzwoity poziom – przyzwoity, ale nigdy naprawdę dobry. Niestety tak źle, jak w tym numerze nie było. Co gorsze jest tu parę plusów, które jednak zamiast ratować nieco ten komiks, jedynie jeszcze mocniej podkreślają jego beznadzieję. Oto The Last Wolverine #1.
WHAT HAPPENED TO WOLVERINE? X YEARS LATER, the people of Vancouver cheer a new hero: the WONDERFUL WOLVERINE, A.K.A. the WENDIGO, Logan’s last student. But what happened to LOGAN? A secret from Wolverine’s past will set the Last Wolverine on a mission to uphold his mentor’s legacy…unless a dire threat burns it all down first!
Ten numer zaczyna się sceną z płonącym budynkiem, akcją ratunkową i Wendigo, jako nowym Wolviem, który prężąc muskuły (dosłownie, serio) na tle dymu i płomieni, z wesolutką miną przedstawia się dzieciakom jako The Wonderful Wolverine. No i już wszystko jasne. Sztampa, jakich mało to raz, ale to beznadziejne wykonanie, jakby potencjalny czytelnik był idiotą, nazwijmy rzeczy po imieniu, morduje wszystko, co w komiksie dobre.
A co jest dobre? Zagadka przez moment nawet intryguje. Na koniec też jest pewien ciekawy akcent, ale cała reszta… Chcieć fajnego komiksu o mutantach a dostać coś takiego, to jak chcieć krwawego, dobrego horroru o wampirach, a dostać Zmierzch. To zresztą taki sam typ sztampy i kiepskiego wykonania, z głównym bohaterem, który jest tak źle skrojony, że nic nas nie obchodzi i fabułą, którą mamy gdzieś, bo zero w tym emocji, dialogi sztywne, a treści prawie nie ma. Jeszcze mamy rysunki, pozornie niezłe, ale po bliższym poznaniu niedokończone, olane przez rysownika, któremu się nie dziwię, bo komu chciałoby się rysować coś takiego? W skrócie: darujcie sobie, szkoda czasu i pieniędzy.
Autor: WKP






O ile pamiętam w komiksach lat. 60 XX wieku Wolverine miał powiązania z Wendigo. A przecież Marvel lubi czerpać z przeszłości.