“X-Men: Apocalypse” (2016) – Recenzja

X-Men: Apocalypse

X-Men: Apocalypse to obok Captain America: Civil War oraz Doctor Strange jedna z trzech tegorocznych, komiksowych adaptacji, na które w tym roku czekałem z wypiekami na twarzy. Kolejna część przygód Steve’a Rogersa nie zawiodła, na Stephena Strange’a poczekamy jeszcze do października, a w trakcie pisania tej recenzji, jestem już po trzecim seansie przygód znanych i lubianych mutantów.

Trzy dosyć długie (140 minut) przeprawy, z których każda dawała nowe nadzieje, że może jednak uda mi się znaleźć w tym filmie coś, co sprawi, iż finalna ocena będzie zwyczajnie łagodniejsza. Po ostatnim seansie nasunęło mi się jedno ważne pytanie: Czy X-Men: Apocalypse jest filmem jakościowo słabszym od sławetnego Batman v Superman: Dawn of Justice? Odpowiedź nie jest prosta i wymaga rozłożenia tego dzieła na czynniki pierwsze, co postaram się uczynić w poniższym tekście.

W komiksach jakie znamy dziś, cała historia uniwersum Marvela dzieje się na przestrzeni ciągle przesuwającej się w czasie dekady. To może brzmieć dość skomplikowanie, ale w rzeczywistości jest bardzo proste. Nie ważne ile czasu minęło w naszym świecie, historie komiksowych bohaterów i zawsze mają miejsce na przełomie mniej więcej dziesięciu lat. Jest to bardzo sprytny zabieg, który pozwala twórcom utrzymać w ‘sile wieku’ najbardziej znane i lubiane postacie, a dzisiejszy czytelnik bez skrupułów może sięgnąć po zeszyt sprzed trzydziestu lat i nie powinien mieć większych problemów ze zrozumieniem historii i wydarzeń, które tam się odbywają.

Oglądając X-Men: Apocalypse można dojść do mylnego wniosku, że niestarzejące się w serii postacie to dokładnie ten sam zabieg co w uniwersum komiksowym. Tylko, że tutaj pojawia się problem. W przeciwieństwie do komiksów, w filmach Bryana Singera linia czasowa nigdy się nie przesuwa. X-Men: First Class przedstawiało wydarzenia z 1962 roku. X-Men: Days of Future Past miało miejsce w 1973. Aż wreszcie, aktualne X-Men: Apocalypse przenosi nas do roku 1983. Oznacza to, że dla postaci na przestrzeni tych trzech produkcji minęło dwadzieścia jeden lat. W filmie zresztą jest to zaznaczone w przynajmniej kilku miejscach i cały ten upływ czasu ma niebagatelne znaczenie dla scenariusza.

Dlaczego więc każdy wygląda dokładnie tak samo? Jeżeli Magneto był w Auschwitz jako dziesięcioletni chłopiec, dlaczego Michael Fassbender nie ma śladu siwizny, ani żadnych oznak starzenia się? Skoro Havok w trakcie wydarzeń z First Class był nastolatkiem, to w czasach Apocalypse powinien być mężczyzną grubo po trzydziestce. Tymczasem w Lucas Till, w aktualnym filmie,  wciąż  prezentuje się bardzo młodo. Przykłady można by wymieniać dalej, ale mija się to z celem. Żadna z postaci nie zmieniła się od ponad dwóch dekad i o ile niedzielnemu widzowi nie będzie to przeszkadzać, tak każdemu szanującemu się fanowi w kieszeni otworzy się przysłowiowy nóż.

Skoro już przy bohaterach jesteśmy, X-Men: Apocalypse przedstawia nam całkiem sporą grupę zupełnie nowych postaci, które pozostawiają po sobie dość mieszane uczucia. Niektórzy, jak na przykład Nightcrawler (Kodi Smit-McPhee), wywołują naprawdę solidne pierwsze wrażenie, ale ciężko jest ich ocenić, kiedy w filmie pełnią tak mało znaczącą rolę. Inni, jak Cyclops (Tye Sheridan), zdają się być ważną częścią scenariusza, a jednak pod koniec filmu praktycznie zupełnie tracą na znaczeniu – szczególnie w kontekście finałowej sceny. Problemy ma również Sophie Turner, grająca młodą Jean Grey. Aktorka znana głównie z roli w serialu Game of Thrones, ma wyraźne trudności z amerykańskim akcentem, a samo wczucie się w postać Jean sprawia jej nie lada kłopot.

Niemniej jednak aktorsko Turner radzi sobie zdecydowanie lepiej niż Olivia Munn w roli Psylocke. Aktorka w całym filmie ma może trzy linie dialogowe, nie wnosząc do scenariusza kompletnie nic, za wyjątkiem charakterystycznego, obcisłego stroju kąpielowego w stylu ninja. Ze wszystkich nowych postaci chyba najwięcej pochwał zbiera Alexandra Shipp w roli Storm. Aktorka pozostawia naprawdę pozytywne wrażenie, niestety grana przez nią Ororo została napisana tak, jakby w pierwszej kolejności miała być reklamą kolejnej części filmu, a dopiero później bohaterką z krwi i kości.

Poza imponującą liczbą nowych bohaterów, na ekranie powracają również znani, starzy weterani. Najlepiej z tej grupy wypadają oczywiście James McAvoy oraz Michael Fassbender. McAvoy wciąż skutecznie odgrywa swoją rolę ‘superbohatera’, a jego Charles Xavier – odważny i skrajnie empatyczny jest świetną spuścizną po Patricku Stewarcie. Fassbender natomiast przyzwyczaił już nas do tego, że w swojej roli wypada po prostu znakomicie. Jego relacje z Profesorem X nadal są ważną częścią historii i nie można im w żadnym razie zarzucić braku chemii.

Niestety, po drugiej stronie barykady mamy Mystique oraz Beast, którzy na przestrzeni całego filmu nie mają nam do zaserwowania niczego interesującego. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że tak samo Nicholas Hoult jak i Jennifer Lawrence doskonale zdają sobie z tego sprawę. Ciężko winić za to samych aktorów, po prostu postacie do tego konkretnego filmu zostały napisane bardzo biednie. Scenariusz nie pozwala im w żaden sposób rozwinąć skrzydeł i pod koniec seansu zdajemy sobie sprawę, jak duży potencjał został w tej kwestii zmarnowany.

Nadmienić trzeba, że wyżej wspomniana dwójka przez większą część filmu występuje w swoich ludzkich formach. Niby mało znaczący szczegół, ale jakby się nad tym mocniej zastanowić, powodów może być kilka. Po pierwsze: przedstawianie Beast i Mystique bez ‘make-upu’ jest zwyczajnie tańsze. Tego typu cięcia budżetowe pozwalają twórcom przeznaczyć więcej środków w niekoniecznie potrzebne CGI (które swoją drogą akurat w Apocalypse wypada zaskakująco biednie). Po drugie: Jennifer i Nicholas przez większą część filmu zdają się być tak bardzo niezainteresowani granymi przez siebie postaciami, że może zwyczajnie wymusili na twórcach pozbycie się z większości scen skrajnie niewygodnych, klaustrofobicznych kombinezonów. I wreszcie po trzecie: być może Bryan Singer w przeciwieństwie do komiksowych fanów wciąż nie do końca czuje charakterystycznie przerysowany świat X-Men.

Najwyższy czas skupić się na jednym z najważniejszych aspektów filmu. Przecież nie bez powodu ta część sagi o mutantach nosi podtytuł Apocalypse. I w tym miejscu pojawia się pytanie: Dlaczego Oscar Isaac, jeden z najbardziej utalentowanych aktorów młodego pokolenia dostaje rolę tytułowego Apocalypsa? Zakopany pod głęboką warstwą niebieskiego make-upu, jest praktycznie zupełnie nie do rozpoznania. Nikt nie domyśliłby się, gdyby w jego miejsce wstawiono zupełnie przypadkowego dublera, szczególnie biorąc pod uwagę komputerowo modulowany głos. Pierwsze co nasuwa się na myśl, to fakt, iż Isaac otrzymał tę rolę, gdyż jego postać jest zwyczajnie ciekawie napisana i ma spory wpływ na wydarzenia na ekranie. O ile z drugim stwierdzeniem nie można się kłócić, to jeśli chodzi o interesującą postać – tu niestety sprawy mają się o wiele gorzej.

Przedstawiony w filmie Singera En Sabah Nur to stereotypowy super-villain, ze standardowymi motywacjami, który właściwie nie różni się niczym od przeciętnych czarnych charakterów z kreskówek dla dzieci. Gdyby nasz Apocalypse miał wąsy, to najpewniej kręciłby nimi w każdej scenie bez skrupułów. En Sabah Nur, jakiego znamy z komiksów, powinien być przedstawiony niczym potężne bóstwo, z pozornie nieograniczoną mocą. Nie jest to jednak powód, by był jednocześnie tak śmiertelnie nudny.

W takich sytuacjach należy nazywać rzeczy po imieniu. Filmowy Apocalypse to zwyczajnie nędznie napisany villain, który w dodatku marnuje ogromny potencjał niedorzecznie utalentowanego aktora. Postać przez cały film nie ma ani jednej naprawdę porywającej przemowy, żadnego momentu w którym przykuwa spojrzenie widza i wywołuje szczery uśmiech na twarzy. Po trzecim seansie, w którym skupiłem się głównie na postaci En Sabah Nura, mogę stwierdzić już w pełni świadomie: Apocalypse to najsłabiej napisany villain w komiksowych adaptacjach od czasu Malekitha z filmu Thor: Dark World.

Jak przystało na film o budżecie prawie dwustu milionów dolarów, X-Men Apocalypse musiał mieć kilka scen, które zrobią wrażenie nawet na najbardziej zrzędliwym i czepliwym widzu. Na pierwszy plan wysuwa się przede wszystkim jeden obraz.

Tak, scena z Quicksilverem jest niezwykle efektowna i dostarcza naprawdę solidnej dawki emocji. Wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że miało to być dokładnie to samo, co już widzieliśmy przy okazji Days of Future Past, ale wykonane z jeszcze większym rozmachem, i to udało się twórcom bezbłędnie. Oglądanie srebrnowłosego mutanta, ewakuującego w pojedynkę całą szkołę Xaviera dosłownie kilka sekund przed eksplozją, to rozrywka w czystej postaci i dosłownie emocjonalny roller coaster. Twórcy Justice League oraz solowego filmu Flash powinni czerpać garściami właśnie z postaci Quicksilvera, bo akurat tutaj ekipa filmowa spisała się na medal.

Nie jest to wina samego filmu, że premiera miała miejsce w tak krótkim odstępie czasu od głośnego debiutu Captain America: Civil War, filmu, który w kwestii scen walki pomiędzy komiksowymi postaciami zawiesił bardzo wysoką poprzeczkę.  Pamiętna scena na lotnisku na swój sposób wyznaczyła standardy, jak powinno się kręcić podobne ujęcia. Mianowicie tak, by pokazać wszystkie mocne i słabe strony każdej postaci z osobna. X-Men Apocalypse nie do końca idzie tym tropem. Co prawda ostatnie sceny walk zdają się mieć odpowiedni rozmach, to jednak chyba nie do końca wszystko zagrało tak jak powinno. Finałowa konfrontacja nowych X-Men z Jeźdźcami Apocalypsa nie jest oszałamiająca i zdecydowanie brakuje w niej oryginalności, a ostatni pojedynek z Apocalypsem to niestety jeszcze większy zawód, po którym zostaje nie tyle niedosyt, co niesmak.

Jakim więc filmem są nowi X-Men? Na pewno nie spójnie napisanym, zgrabnie poprowadzonym blockbusterem jak Civil War. Nie są także czystą, nieskrępowaną rozrywką, wychodzącą nie raz poza sztywno przyjęte ramy – niczym Deadpool. Ciężko jest nawet przyznać, że film jest bardziej interesującym, niż Batman v Superman, na którym przecież wieszano psy przez wiele miesięcy. X-Men: Apocalypse to nic innego jak prosty zlepek scen, które gdzieś już kiedyś widzieliśmy, podany jednak w nieco odświeżonej formie, z masą niejasności, scenariuszem bez specjalnych twistów fabularnych, kilkoma dobrze napisanymi postaciami, które jednak toną w całej masie bohaterów bez wyrazu.

Pozostaje mieć nadzieje, że dość słabe opinie krytyków na całym świecie wreszcie otworzą oczy osobom odpowiedzialnym za to filmowe uniwersum. Mutanci na dużym ekranie już od kilku lat domagają się twardego rebootu i miejmy nadzieję, że współpraca Marvela i Foxa przy zapowiedzianych serialach to pierwszy krok naprzód.

PS. Tak, zupełnie celowo nie wspomniałem w tekście o nic nie wnoszącej scenie z Loganem. Co za dużo, to nie zdrowo. A w przypadku Wolverine’a – o wiele za dużo.


Autor: Matt

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x
()
x

T.A.R.C.Z.A. zmusiła nas do śledzenia twoich poczynań poprzez pliki cookie! Czym są T.A.R.C.Z.A. i pliki cookie dowiesz się tutaj.

Co to są pliki cookies? Cookies, zwane również ciasteczkami (z języka angielskiego cookie oznacza ciasteczko) to niewielkie pliki tekstowe (txt.) wysyłane przez serwer WWW i zapisywane po stronie użytkownika (najczęściej na twardym dysku). Parametry ciasteczek pozwalają na odczytanie informacji w nich zawartych jedynie serwerowi, który je utworzył. Ciasteczka są stosowane najczęściej w przypadku liczników, sond, sklepów internetowych, stron wymagających logowania, reklam i do monitorowania aktywności odwiedzających. Jakie funkcje spełniają cookies? Cookies zawierają różne informacje o użytkowniku danej strony WWW i historii jego łączności ze stroną. Dzięki nim właściciel serwera, który wysłał cookies, może bez problemu poznać adres IP użytkownika, a także na przykład sprawdzić, jakie strony przeglądał on przed wejściem na jego witrynę. Ponadto właściciel serwera może sprawdzić, jakiej przeglądarki używa użytkownik i czy nie nastąpiły informacje o błędach podczas wyświetlania strony. Warto jednak zaznaczyć, że dane te nie są kojarzone z konkretnymi osobami przeglądającymi strony, a jedynie z komputerem połączonym z internetem, na którym cookies zostało zapisane (służy do tego adres IP). Jak wykorzystujemy informacje z cookies? Zazwyczaj dane wykorzystywane są do automatycznego rozpoznawania konkretnego użytkownika przez serwer, który może dzięki temu wygenerować przeznaczoną dla niego stronę. Umożliwia to na przykład dostosowanie serwisów i stron WWW, obsługi logowania, niektórych formularzy kontaktowych. Udostępniający używa plików cookies. Używa ich również w celu tworzenia anonimowych, zagregowanych statystyk, z wyłączeniem personalnej identyfikacji użytkownika. To pomaga nam zrozumieć, w jaki sposób użytkownicy korzystają ze strony internetowej i pozwala ulepszać jej strukturę i zawartość. Oprócz tego, Udostępniający może zamieścić lub zezwolić podmiotowi zewnętrznemu na zamieszczenie plików cookies na urządzeniu użytkownika w celu zapewnienia prawidłowego funkcjonowania strony WWW. Pomaga to monitorować i sprawdzać jej działania. Podmiotem tym może być między innymi Google. Użytkownik może jednak ustawić swoją przeglądarkę w taki sposób, aby pliki cookies nie zapisywały się na jego dysku albo automatycznie usuwały w określonym czasie. Ustawienia te mogą więc zostać zmienione w taki sposób, aby blokować automatyczną obsługę plików cookies w ustawieniach przeglądarki internetowej bądź informować o ich każdorazowym przesłaniu na urządzenie użytkownika. Niestety, w konsekwencji może to prowadzić do problemów z wyświetlaniem niektórych witryn, niedostępności niektórych usług. Więcej na ten temat znajdziecie tutaj --> https://rodoporadnik.pl/polityka-prywatnosci-cookies/

Zamknij