„X-Men: Saga Miotu” – Recenzja
X-Men: Saga Miotu
Pojawia się Miot
Miot. Brood. Jak zwał, tak zwał. Każdy fan mutantów wie o kogo chodzi i co z tego zawsze wynika. Bo Miot był w wydanych po polsku komiksach nie raz, ostatnio choćby w Wielkiej wojnie She-Hulk, wcześniej chociażby w All-New Wolverine, Astonishing X-Men, Wolverine & the X-Men czy New Mutants. A teraz mamy ich początki, debiut i w ogóle. Choć nie tylko, bo Mucha wzięła się nie za wydanie samej opowieści o Miocie, a przedruk jednego z tomów X-Men wydanych w ramach Epic Collection. I cieszy to niezmiernie, bo mamy więcej materiału, lecz z drugiej strony dostajemy historię może i dość samodzielną, ale jednak będącą częścią większej całości. Oto X-Men: Saga Miotu.
Przedstawiamy sagę o epickim starciu połączonych sił X-men, Starjammers i Shi’ar z kosmicznymi pasożytami znanymi jako Miot! Scenariusz Chrisa Claremonta oraz zapierające dech w piersi rysunki Dave’a Cockruma i Paula Smitha nie pozwolą wam oderwać się od lektury. To nie wszystko! W tym tomie mutanci stawią czoło Drakuli oraz trafią do Limbo, gdzie spotkają się z demonicznym Belasco. Będziemy też świadkami pierwszego spotkania Charlesa Xaviera z Magneto. To wszystko w tomie, który ukształtuje przyszłość mutantów.
Historia tu pokazana zabiera nas do wczesnych lat 80. XX wieku. Zeszyty zebrane w Sadze Miotu to nic innego, jak niemal bezpośrednia kontynuacja tego, co widzieliśmy w Sadze Mrocznej Phoenix i Dniach minionej przyszłości. Tamte historie kończyły się na numerze 143, te temat podejmują wkrótce potem, bo w 154. I nawet wracają tu znane nam już wątki, dopełniają to, co pamiętamy z tych historii. Ale przede wszystkim atrakcją numeru jest właśnie ta opowieść o Miocie. Mamy tu parę ważnych momentów, kilka debiutów (w tym S’yma), kilka szaleństw, gdzie jest miejsce i na horror, i na bardziej przyziemne rzeczy. Brood jednak rządzą na stronach od początku do końca w zasadzie, a wszystko to taka absolutna mutancia klasyka, jakiej można oczekiwać.
Claremont pisze, wciąż u szczytu swoich możliwości, bo zaraz po swoich największych hitach, a jeszcze na długo przed tym, co klasyczne w temacie serwował nam Egmont. Jest więc dynamicznie, pomysłowo, treściwe. Czasem zdarzają się już powtórki z rozrywki, powracające motywy, które dla Claremonta stały się charakterystyczne, ale w niczym to nie przeszkadza. Czyta się ten album doskonale, czterysta stron wypakowanych treścią, akcją i epickimi momentami. Jest na co popatrzeć, postacie są dobrze nakreślone, a i nie brak tu emocji.
Do tego świetne ilustracje w wykonaniu Cockruma, który wrócił do serii po przerwie – a to z nim Claremont zrobił kilka wybitnych rzeczy zanim zastąpił go Byrne – i naprawdę dobrze nam robi. Jego klasyczna kreska świetna jest, a wspierający go Smith, Sienkiewicz czy Anderson dobrze dopełniają całości. W skrócie: kawał dobrej komiksowej klasyki. Kolejne numery serii zapewne przyniosą nam takie historie, jak Phoenix, The Past of Future Days, Scarlet in Glory czy Życie/Śmierć. I to byłoby coś, lepsze nawet niż to, co widzimy w tym tomie. Tak czy siak – warto brać w ciemno, a co do reszty – czekamy na to, czym Mucha nas zaskoczy w przyszłości.
Autor: WKP

Egzemplarz recenzencki otrzymaliśmy dzięki uprzejmości wydawnictwa Mucha Comics. Jeśli recenzja przekonała Was do zakupu – serię/tom możecie nabyć tutaj.







