„Avengers: Łowcy śmierci” (Tom 10) – Recenzja
Avengers: Łowcy śmierci (Tom 10)
Jeśli chodzi o komiksy drużynowe, zwykle tykam się ekipy X-Men. Tym razem stwierdziłam jednak, że najwyższy czas sięgnąć dla odmiany po jakąś historię o Avengers. Wydawnictwo Egmont jak zwykle mnie nie zawiodło i pozwoliło mi na lekturę Avengers: Łowcy śmierci od Jasona Aarona. Czy faktycznie warto było sięgnąć po najnowszy tomik o przygodach ziemskich Mścicieli?
Multiwersum w ogniu! Głęboko w mrocznym sercu multiwersum stoi lśniąca wieża strażnicza. To siedziba cybernetycznych żołnierzy zwanych Deathlokami, którzy mierzą się z najpoważniejszymi zagrożeniami dla niezliczonych domen tworzących rzeczywistość. Teraz ci wojownicy przybywają na Ziemię ze złowrogim ostrzeżeniem dla Avengers: nadchodzą Black Skull, Upiorny Goblin, młody Thanos, Doom Supreme i inni multiwersalni złoczyńcy. Na szczęście najpotężniejsi ziemscy bohaterowie mogą wezwać na pomoc sojuszników – w tym Jane Foster! Czy jej dwie wersje – Potężna Thor i Walkiria – zjednoczą się, by ocalić jej duszę? Dodatkowo: sekretne pochodzenie Thora – ujawnione!
Generalnie ten komiks to sklejka różnych historii, które łączą postacie Deathloków i widmo zagłady ze strony Łowców śmierci. W siedzibie Avengers o przetrwanie walczą m.in. Czarna Pantera, Namor i Walkiria, w innym miejscu Kapitan Ameryka i Kapitan Marvel łączą siły, żeby ocalić Starbrand i przy okazji samych siebie, a jeszcze gdzieś indziej, w dalekich przestworzach, Thor próbuje się pogodzić z faktem, że posiada w sobie pierwiastek Phoenix. Niestety nie idzie mu to łatwo, tym bardziej, jak do drużyny dołącza Echo, posiadająca w sobie moce Phoenix. Wszystko to okraszone jest scenami akcji i dosyć sporą dozą brutalności. Ogólnie komiks jest króciutki i szybko się go czyta, ale jakoś mnie… nudził. Sądziłam, że z taką dawką akcji i superbohaterów będzie mi się płynęło przez kolejne zeszyty, ale niestety nie raz się łapałam na tym, że czuję się znużona. Mało tego Deathlocki, które rzekomo są super potężne i pilnują Wieży Avengers, jakoś łatwo dają się pokonać i to nie raz Avengers muszą chronić ich. Avengers mają chronić maszyny, które zostały stworzone po to, by bronić Avengers. Trochę się to kupy nie trzyma.
Za stronę graficzną komiksu odpowiadają Juan Frigeri oraz Javier Garron, a za kolorystykę David Curiel i Brian Reber. Barwy bardzo mi odpowiadają, bo po prostu pasują do całości, są wyraziste i muszę przyznać, że kadry ukazujące kontrast między ciepłymi a zimnymi kolorami naprawdę prezentują się zjawiskowo. Jedynie momentami kreska wydaje się lekko chaotyczna i niezbyt czytelna, ale w ogólnym rozrachunku wypada naprawdę dobrze.
Oprawa Avengers: The Death Hunters jest miękka, ale na tyle twarda, że się rogi nie zginają. Okładki alternatywne jak zwykle wyglądają niesamowicie i stanowią swoiste dzieła sztuki. Papier jest śliski i przyjemnie się kartkuje poszczególne strony, a czcionka jest jak najbardziej czytelna. Tłumaczenie Marka Starosty tradycyjnie nie zawodzi i w miarę oddaje ducha oryginału. Pod kątem technicznym więc komiks jak najbardziej jest w porządku.
Summa summarum, Avengers: Łowcy śmierci to jak dla mnie przeciętny komiks. Nie jest super zły, ale też nie jest wybitnie dobry. Czyta się go w miarę szybko, mimo że fabularnie wydaje mi się lekko nudnawy. Spełnił jednak swoją rolę i dzięki niemu miło spędziłam wieczór i chociaż na chwilę mogłam się skupić na czymś innym niż kaszlenie i wycieranie nosa. Myślę więc, że te 69,99 zł można śmiało wydać i dołączyć do drużyny Avengers w celu pokonania kolejnych niebezpieczeństw.
Autorka: Rose (Vombelka)

Egzemplarz recenzencki otrzymaliśmy dzięki uprzejmości Egmont Polska. Jeśli recenzja przekonała Was do zakupu – opisywany tom/serię możecie nabyć tutaj.



