„Deadpool vs. The Punisher #1-5” (2017) – Recenzja
Deadpool vs. The Punisher #1-5
W końcu udało mi się przeczytać całą mini serię Deadpool vs The Punisher i bardzo żałuję, że tak późno. Jako wielka fanka Franka nie mogłam przejść koło tego cyklu obojętnie, tym bardziej, że pojawił się w nim kolejny ciekawy bohater.
Cała historia skupia się na tym, że Deadpool i Frank niestety stoją po innej stronie barykady. Frank jest tym honorowym zabójcą gangsterów i kryminalistów, zaś Wayne poszedł w ślad za swoimi prywatnymi interesami i został najemnikiem. I tu zaczyna się akcja. Bo jedna postać ciągnie za sobą drugą. Frankowi nie przeszkadza dodatkowy balast w formie nielubianego kolegi w czasie wykonywania misji. Dla pewności przywiązuje go jednak w swoim bojowym samochodzie do siedzenia, żeby mu nie zawadzał w trakcie rozprawiania się z bandytami. Oczywiście plany Franka zostają zniweczone przez bandę Dona of the Dead, byłego agenta S.H.I.E.L.D, z którą wcześnie rozprawiał się Deadpool. Nie podlega wątpliwości, że baron narkotykowy szuka zemsty za poprzednią rzeźnię, jakiej dopuścił się Wade. I tutaj po raz kolejny wkracza Deadpool. Co się stanie? Kto zwycięży w starciu i jak zakończy się seria? Odpowiedzi na te pytania dostaniecie po przeczytaniu pięciu tomów.
Jeśli chodzi o fabułę, jest bardzo dynamiczna, ale ilość akcji w niej zawarta nie przytłacza czytelnika; odpowiada za nią Fred van Lente. Oczywiście widzimy kontrast pomiędzy Frankiem i Deadpoolem. Frank jest obrońcą słabych, zabija przestępców, a swoją „pracę” wykonuje bez najmniejszych skrupułów. Za to Wade jako płatny zabójca ma jednak miękkie serce, co będzie nieraz widoczne w serii.
Kreska Pere’a Pereza od pierwszego zeszytu nic się nie zmieniła, jak wspomniałam wcześniej (w recenzji #1 zeszytu) nie skradła mi serca, ale bardzo fajnie pasuje do całej dynamiki komiksu. Najdokładniej narysowane są postacie pierwszoplanowe, które faktycznie mają przykuć wzrok czytelnika do najważniejszych rzeczy. Drugoplanowe są nieco zamazane, bo są po prostu mało istotne, mają zlewać się z tłem i odzwierciedlać dany klimat miejsca. Kolorystyka Rutha Redmonta to istna wisienka na torcie szaty graficznej komiksu. Jest bardzo kontrastowa. Punisher ukazywany jest w ciemnych barwach, zaś Wade w jasnych. Gdy spotykają się razem, aż kipi od kolorów ognia i krwi.
Cała seria jest bardzo interesująca, szybko się ją czyta i nie nudzi – gdy tylko pojawi się w wersji polskiej, chętnie ją kupię. Jest to prawdziwa uczta dla oczu, szczególnie jeśli jest się fanem obu tych postaci.
Autorka: Lynn




