“Astonishing X-Men #1” (2017) – Recenzja

Astonishing X-Men #1
Zdumiewająco dobry X-komiks

Z wszelkimi seriami X-Menów jest jeden zasadniczy problem. Mnogość wątków i plątanina relacji pomiędzy poszczególnymi postaciami są tak rozległe, że ciężko jest znaleźć w tym wszystkim ciągłość. Nawet jeśli śledzi się losy mutantów od samego początku ich istnienia. A ten przecież jest niemalże różnoznaczny z początkiem samego Marvela, bo pierwszy zeszyt z ich przygodami zadebiutował jeszcze w latach 60. XX wieku. Jednakże w odróżnieniu od innych czołowych cykli tego wydawnictwa, nie ma tu jednego głównego bohatera. Skład zmienia się bardzo płynnie, a ilość członków mutanckiej rodziny liczyć należy w setkach, jeśli dodać wszelkie ich alternatywne czy też pochodzące z innych linii czasowych odpowiedniki.

Każdy z nich (a przynajmniej większość) posiada swoje skomplikowane losy, które nie są bez znaczenia dla fabuły. Jak w tym gąszczu ma odnaleźć się nastoletni czytelnik – czyli docelowy odbiorca serii, skoro najczęściej sami twórcy gubią się w tym wszystkim? Ratunkiem są wszelkie restarty serii, okazjonalne mini-serie czy znalezienie czegoś, co pozwoli w logiczny sposób na nowo wprowadzić czytelnika do uniwersum (patrz All New X-Men Bendisa). Nowe Astonishing X-Men to kolejna taka historia. Niewielka ilość bohaterów, ciekawy pomysł i zachowanie ciągłości wydarzeń, z jednoczesnym zepchnięciem ich na najdalszy możliwy plan.

Po tym nieco przydługim wstępie spójrzmy, o czym właściwie jest ta historia. Po Tajnych Wojnach i Inhumans vs X-Men zaczęło się ResurrXion, które miało na nowo ustanowić status quo komiksów o mutantach i ich krewniakach (że tak to nazwę). Opowieść zaczyna się od serii zgonów posiadaczy psychicznych mocy, która pozostaje niezauważona dopóki ktoś nie podejmuje ataku na Psylocke. Rozpaczliwe wezwanie z jej strony odbierają Staruszek Logan, Rouge, Bishop, Angel, Gambit i Fantomex. Niestety powstały w wyniku zdarzenia mentalny motyl o gigantycznych rozmiarach przeraża Londyn, a w konsekwencji staje się celem, który może pozbawić życia Psylocke…

Stare miesza się z nowym, tak w skrócie można podsumować ten zeszyt. Widać to już po okładce, na której mutanci wyglądają zarówno jakby wzięci zostali z lat 90. XX wieku jak i współczesności, w środku jest podobnie. Fabuła nie należy do szczególnie skomplikowanych, ale jest dobrze poprowadzona. Nie zaskakuje niczym specjalnym, jednak nieźle wprowadza w świat X-Menów taki, jakim jest teraz. Czy wyjaśnia wszystko? Póki co nie, ale formuje nowy skład. Niewymuszony zamknięciem w murach jakiejś szkoły, podziałami społecznymi i poglądowymi, a wołaniem o pomoc, które zmusza do działania i stawia w obliczu nowego/starego wroga. Ekipa, jak na przygody mutantów przystało, jest tak barwna jak niezgrana. Całość zaś ma w sobie sporo świeżości, choć jednocześnie to wszystko już przecież było.

Sympatycznie wypada też strona graficzna. Realistyczna i pasująca do opowieści kreska Jima Cheunga wpada w oko. To właśnie on tworzył najlepsze zeszyty Nieskończoności (przynajmniej jeśli chodzi o ilustracje) i to on także łączy w sobie urok dawnych X-Menów z nowoczesną stylistyką Marvela. I chociaż to wszystko składa się jedynie na lekką rozrywkę, jednocześnie mamy tu do czynienia z zadziwiająco dobrym komiksem, jak na tak nieskomplikowaną zawartość. Jeśli więc nowy status quo mutantów ma wyglądać w ten właśnie sposób, ja jestem za. I myślę, że większość fanów także nie będzie miała powodów do narzekań.


Autor: WKP

Dodaj komentarz

  Subskrybuj  
Powiadom o
Przeczytaj poprzedni wpis:
Kevin Feige
Kevin Feige o tym, jak uniknąć zmęczenia kinem superbohaterskim

Kevin Feige wyjaśnił, jak jego zdaniem Marvel Studios ciągle utrzymuje zainteresowanie publiki. Głowa Marvel Studios, Kevin Feige podczas panelu na

Zamknij