„Marvels” [Wydanie Jubileuszowe] – Recenzja

Marvels [Wydanie Jubileuszowe]
Złota era cudów

Są takie komiksy, których nikomu nie trzeba przedstawiać, polecać, zachwalać i Marvels bez dwóch zdań do nich należy. To małe arcydzieło (magazyn Wizard umieścił go na ósmym miejscu listy najlepszych komiksów w dziejach, Marvel – również na ósmym – swojej listy największych komiksów z okazji 75-lecia istnienia wydawcy, a i rzecz znalazła się w książce 1001 Comics You Must Read Before You Die), wznawiane co raz tu i tam, także na polskim rynku, zachwycające i urzekające. Stworzone jeszcze przed bardzo do niego podobnym Kingdom Come, które zasiliło szeregi najwybitniejszych dzieł konkurencyjnego DC Comics, mimo niemal trzydziestu lat od premiery, nieprzerwanie zachwyca i pozostaje imponująco ambitnym projektem komiksowym, który jednocześnie polecić można i znawcom uniwersum (tym o wiele bardziej, wiadomo), i komiksowym laikom. A że teraz wraca w nowym wydaniu (uzupełnionym o masę dodatków: poprzednie wydanie miało jakieś 220 stron, to ponad 500, z nowym epilogiem etc.), warto przypomnieć sobie o tej historii i zapomnieć, że współdzieli ona tytuł z kinowym „hitem”, z którym nie ma nic wspólnego.

Rok 1939. Naukowiec tworzy pierwszą Ludzką Pochodnię. Cudu tego świadkami są – choć z początkowym wyśmiewaniem całej sytuacji – dziennikarze i fotografowie, a wśród nich Phil Sheldon, młody, butny, ambitny autor zdjęć, który chciałby pokazać, na co go stać. To on od tej chwili stanie się naszymi oczami, przewodnikiem po złotej erze cudów, która właśnie się zaczyna. Niezwykłych ludzi przybywa, przybywa też również niezwykłych, a zarazem i groźnych wydarzeń. Piękna i tragedii. A Phil jest wszędzie tam, gdzie wydarzają się najważniejsze z nich, od lat 30. do 70. XX wieku, ukazując nam jak rodziło się i rozwijało uniwersum Marvela…

… i wszystkie związane z nim emocje. Wszystkie te smutki i radości, nadzieje i tragedie. W blaskach i cieniach rodzi się wielka historia, która po dziś dzień jest rozwijana. I po dziś dzień rozwijany jest też świat Marvels, w seriach Tales of the Marvels, Marvels: Eye of the Camera, Marvels Annotated, Marvel (taki zresztą miał być pierwotny tytuł tego komiksu), Marvels Snapshot czy Marvels Vol. 2. Co tylko pokazuje, jakie wyczucie, jako artysta miał zawsze Alex Ross. Tego gościa kojarzymy z genialnych, ręcznie malowanych, foto-realistycznych grafik, ale to właśnie on był pomysłodawcą Marvels. A potem też i Kingdom Come. Obie historie łączy zresztą sporo, zarówno typ głównego bohatera, czyli zwykły, niepozorny człowiek, który staje się świadkiem i uczestnikiem cudów i wielkich wydarzeń oraz sam Phil, który w tym drugim komiksie pojawia się jako easter egg.

Nie byłoby jednak tej opowieści bez Kurta Busieka, autora m.in. Astro City i cenionych opowieści o Avengers (a prywatnie kumpla Scotta McClouda, genialnego komiksiarza). To on napisał scenariusz całości, wydobył wszystkie smaczki, połączył to, co dotąd pozostawało rozbite i ukazał to przez pryzmat czasu upływającego jak w rzeczywistości (rzeczywistości odmierzanej datami wydawania komiksów). Zrodził się z wówczas świetny, zaangażowany także społecznie scenariusz, w którym zbiegają się najważniejsze elementy początków Marvela, a który autor zaludnił postaciami o ciekawie nakreślonym rysie psychologicznym. Jest tu akcja, ale przede wszystkim są ludzie, jest życie, jest dawna magia Złotej Ery Komiksu, odtworzona w sposób, w jaki wcześniej nie zaświtał w głowie twórców. Nie ma tu infantylności starych opowieści, jest dojrzałe podejście i dziecięcy zachwyt magią, jakiego doświadcza dorosły obserwator. I czytelnik też. A ten czytelnik to najlepiej, jak zna te wydarzenia, wtedy bawi się najlepiej, ale i nowy znajdzie tu absolutnie masę dla siebie.

W tym odtworzeniu wszystkich najważniejszych motywów swój wielki udział ma Alex Ross, bo to za jego sprawą wszystko to ożywa i żyje. Tętni życiem, emanuje nim i zachwyca. Żaden komiks Marvela nigdy nie wyglądał tak pięknie, tak realistycznie i tak przekonująco. Nieważne czy obserwujemy gigantyczne kataklizmy pokroju przybycia Galactusa, czy prywatne dramaty w stylu śmierci Gwen Stacy, wszystko to jest naprawdę, jak uchwycone na kliszy aparatu. I to na dodatek przez prawdziwego artystę.

Cudo. Cudeńko. Tak po prostu. Tak zwyczajnie, a jak niezwykle. Po prostu jeden z najlepszych komiksów – nie tylko Marvela zresztą – jakie kiedykolwiek powstały. I dla fanów superhero, i dla tych, którzy mają na gatunek alergię. Po prostu dla każdego, kto ceni dobre powieści graficzne, bo nie da się chyba inaczej traktować Marvels, jak powieści graficznej właśnie. Wszystkie nagrody i zachwyty, jakie przez lata zgarnęła ta historia w pełni zasłużone.


Autor: WKP


Mucha Comics

Egzemplarz recenzencki otrzymaliśmy dzięki uprzejmości wydawnictwa Mucha Comics. Jeśli recenzja przekonała Was do zakupu – serię/tom możecie nabyć tutaj.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x