KomiksyTeksty

„Black Panther: Long Live The King #1-6” (2018) – Recenzja

Black Panther: Long Live The King #1-6
Opowieści wakandyjskie

Niesamowite jak w dzisiejszych czasach historie przenikają się przez różne media. Oczywiście są ludzie, którzy nie dotkną książki, wiedząc, że ma swoją filmową adaptację, ale dość często zdarza się tak, film, serial czy gra pozwalają odkryć niesamowitą powieść. Sama miałam tak z Narzeczoną dla księcia czy chociażby Gwiezdnym pyłem. Dlatego też trudno było się dziwić, że po niezwykle udanym seansie Czarnej Pantery postanowiłam bliżej zapoznać się z wakandyjskim władcą i społecznością opartą na Vibranium. Choć chyba nieco się pomyliłam z wyborem serii komiksów. Padło bowiem na Black Panther: Long Live The King.

Mimo składania się (póki co) raptem z sześciu zeszytów Long Live The King jest bardzo chaotyczną serią. W pierwszych dwóch olbrzymie trzęsienie ziemi nawiedza Wakandę, powodując najdłuższą w historii przerwę w dostawie prądu. W konsekwencji przyczynia się do to śmierci dziesięciu mieszkańców. W dziejach tego idyllicznego państwa od dawna nic takiego nie miało miejsca. Do tego wszystkie zwierzęta zaczynają się zachowywać dość dziwnie, a T’Challa wierzy, że widział potwora – przyczynę całego zajścia, – który wydaje się być jakąś niezwykłą, duchową mocą.

Potem, na dwa zeszyty, wątek ten zostaje porzucony na rzecz problemu Kultu Białego Goryla i zaginionego przyjaciel z dzieciństwa T’Challi  (za scenariusz tej krótkiej przygody zamiast Neddi Okorafor, odpowiada Aaron Covington), by w zeszycie piątym jednak do niego powrócić. Szósty natomiast rozpoczyna już kompletnie inną przygodę, zaskakując okładką z czymś co przypomina kobiecą wersję Czarnej Pantery w połączeniu z venomim konikiem polnym? I muszę przyznać, że mogłoby to we mnie wywołać poczucie zagubienia, gdybym nie czytała wszystkich zeszytów od razu. Choć i tak dziwiłam się, o co w tym wszystkim chodzi. W sumie nadal się dziwię, ale o tym za chwilę.

Mamy więc opisane trzy historie. Pierwsza duchowo-naukowa opowieść jest ciekawa, klimatyczna, pokazująca, że Wakanda ma też bardziej mistyczną stronę. I mogłaby się stać naprawdę interesującą bazą do poznania całego kraju, jego kultury i plemiennej odmienności, gdyby nie została niemal urwana. Kończy się zbyt szybko, przez co specjalnie nie starano się o wyjaśnienie dla drobiazgów, jak chociażby to czy gigantyczna kałamarnica była faktycznie tylko duchową afirmacją i dlaczego część Wakandyjczyków była na nią ślepa.

Tym samym finał historii był dla mnie nie satysfakcjonujący. Druga opowieść to szort o wewnętrznych problemach Wakandy, które, jak na niezwyczajnie królestwo przystało, do normalnych nie należą. Choć i tę część uważam za potraktowaną po macoszemu, to mam przynajmniej wrażenie jej zakończenia. Miło było też poznać inne spojrzenie na postać Zuri – siostry T’Challi. I tu muszę przyznać, że jej komiksowa stylizacja znacznie bardziej przypadła mi do gustu, w stosunku tej znanej mi z filmu. Nie mniej i ta historia nie wykorzystała pełni swojego potencjału.

Najwięcej problemów opiniotwórczych przysporzył mi zeszyt szósty. Twórców poniosła tu chyba fantazja, gdyż Czarną Panterą w nim nie jest T’Challa ale Ngozi – przykuta do wózka, młoda dziewczyna będąca nosicielką Venoma. Nie pytajcie mnie skąd, jak i dlaczego, bo tego z tego zeszytu się nie dowiecie. Wiadomo jedynie, że ma ona nieco problemów z mutantami w swojej rodzinnej miejscowości i, jak każdy superheros, chciałaby być normalna. Sama fabuła jest tu niemal już do bólu klasyczna. Jedyną niezwykłością są moce głównej bohaterki. Zostają one jednak jedynie zarysowane. Bardziej możemy się ich domyślać, ponieważ w pełni z pewnością nie zostały pokazane.

Największą zaletą serii są niezwykle klasyczne, ale piękne i szczegółowe rysunki autorstwa Andre Lima Araujo z kolorami Chrisa O’Hallorana, wprowadzającymi niemal sielski, bajkowy krajobraz. Wakanda, ze swoim dobrym i mądrym królem oraz niespotykaną, niemal magiczną technologią, jest takim nieco baśniowym królestwem. Na dwa, niemal wyrwane z kontekstu zeszyty, styl rysunków się zmienia. Stają się żywsze, bardziej kreskówkowe a to za sprawą Mario Del Pennino, którego odpowiadał za stronę wizualną tej części historii. A żeby było jeszcze ciekawiej od szóstego zeszytu za rysunki odpowiada Tana Ford znów zmieniając wygląd całości, choć w tej opowieści zmienia się niemal wszystko, więc tak naprawdę trudno jest cokolwiek porównywać.

Podtytuł Long Live The King zasugerował mi, że poznamy bliżej trudy rządzenia tak niezwykłym krajem jakim jest Wakanda. Że zostanie nam przybliżona perspektywa samego T’Challi. Jego wątpliwości i wewnętrzne sprzeciwy czy rozdarcia. Cokolwiek, co pomogłoby nam poznać tego niezłomnego króla-bohatera. Zamiast tego mamy zbiór bliżej niezwiązanych ze sobą, niedokończonych, chaotycznych historii, którym z chęcią nadałabym tytuł Opowieści wakandyjskie, co nie niosłoby ze sobą tak silnego ładunku skojarzeniowego. Tym bardziej, że zeszyt szósty w ogóle o T’Challi nie jest.

I właśnie z tego wynika cała moja konsternacja związana z tą serią. Nie mogę powiedzieć, że źle mi się czytało, a przygody były nieciekawe. Jednak zbyt wiele wątków zostało porzuconych, a w całości panował zbyt duży chaos, by czerpać z tego prawdziwą przyjemność. I przez ten, tak po prawdzie bałagan w raptem sześciu zeszytach, trudno mi pozytywnie ocenić ten komiks. Całość wygląda tak, jakby jej twórcy nie mieli pomysłu na serię, więc postanowili zająć się wszystkim po trochu, co nie wyszło im za dobrze. Tym samym, mimo sporej liczby interesujących elementów, ciężko mi ocenić to konkretne wydanie pozytywnie.


Autorka: Powiało Chłodem

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x