„Black Panther: The Sound And The Fury #1” (2018) – Recenzja
Black Panther: The Sound And The Fury #1 (2018)
Faza na Czarną Panterę trwa dalej. Mimo że obejrzałam już film dwukrotnie, tak wciąż moje serce znajduje się w tym pięknie wykreowanym świecie, jakim jest Wakanda. Postanowiłam również pobyć trochę dłużej w towarzystwie króla T’Challi i w związku z tym sięgnęłam po nowiuśki komiks Black Panther: The Sound And The Fury od Ralpha Macchio.
Opowiadanie dzieli się jakby na dwie części. Pierwsza z nich toczy się obecnie. T’Challa a.k.a. Black Panther znajduje się w Dubaju, prowadzi rozmowy pokojowe, gdy nagle pojawia się zacięty wróg Pantery, Ulysses Klaue, który grozi zniszczeniem miasta. T’Challa musi go pokonać za wszelką cenę, a czas ucieka. W drugiej części przedstawiony jest natomiast wolumin z lat sześćdziesiątych, inicjujący przygody Pantery, gdy bohater po raz pierwszy spotyka się z Fantastyczną Czwórką. Relacjonuje im historię swojego ojca oraz swoje pierwsze starcie z Klauem. Wspólnie piątka bohaterów musi pokonać niebezpiecznego oponenta.
Niejednokrotnie w swoich recenzjach zachwycam się osobowością T’Challi. W tym zeszycie młody król jeszcze bardziej mi zaimponował, zwłaszcza w pierwszej części historii. Nie chciałabym zbytnio spoilerować, ale w chwili, gdy Ulysses się ujawnia i wygraża społeczeństwu, T’Challa nie waha się i wpierw ratuje cywili. Musi się spieszyć, znaleźć i unieszkodliwić wroga, zniszczyć potężną broń, ale nie ma wątpliwości, że najpierw musi ocalić niewinnych ludzi. Ani na moment się nie zatrzymuje, wspiera tych w potrzebie. Black Panther to prawdziwy geniusz, wojownik, król i człowiek o wielkim sercu.
Za stronę graficzną pierwszej części komiksu odpowiada Andrea Di Vito, a za kolorystykę Laura Villari. Kreska jest bardzo wyraźna i dokładna. W związku z tym sceny walk i mimika postaci przedstawione są naprawdę rewelacyjnie. Tak samo jeśli chodzi o barwy. Kolory są bardzo klimatyczne i po prostu pasują do całości. Co jak co, ale w każdym ujęciu, gdzie T’Challa ma na sobie swój charakterystyczny kostium, Black Panther wygląda przekozacko. Kolokwialnie mówiąc oczywiście. Prezentuje się tak dobrze, że niejednokrotnie przyglądałam się poszczególnym kadrom nieco dłużej, a czasami cofałam strony, by jeszcze raz spojrzeć na epickość Czarnej Pantery.
Z kolei druga część komiksu, czyli debiut T’Challi w Marvelu, została stworzona przez samego Stana Lee, Jacka Kirby’iego oraz Joe’a Sinnotta. Powiem szczerze, że pierwszy raz zetknęłam się z takim starym tomikiem. Choć nadmiar tekstu i przejaskrawione kolory wraz ze staromodną kreską niejednokrotnie drażniły moje oczy, tak czuję się uprzywilejowana, że mogłam na własne oczy ujrzeć historię, kiedy Black Panther po raz pierwszy się pojawia w komiksach Marvela. Do tego występ Fantastycznej Czwórki… moje serduszko od razu zaczęło bić szybciej.
Ciężko konkretnie wskazać plusy i minusy jednego zeszytu, który dodatkowo został podzielony na pół. Niemniej komiks daje jeszcze wyraźniejszy wgląd w umiejętności Black Panthera, zarówno jeśli chodzi o styl walki, jak i zdolność strategicznego myślenia. Można się pośmiać, przede wszystkim w scenach, gdzie występuje The Thing – niejednokrotnie parsknęłam głośnym śmiechem, zwłaszcza jak wyprowadził z równowagi młodego króla. Choć przyznam, że Sue mnie drażniła – wiecznie u boku Reeda, nie wiedziała, co się dzieje i jedynie ze strachu chowała się za mężem.
Za minus mogę uznać troszkę nadmierną ilość tekstu. Niektóre kwestie i ‘’dymki’’ były zbędne, gdyż ewidentnie naprowadzały na to, co ma się zdarzyć. W ten sposób niektóre sceny traciły na doniosłości, a czytelnik sam mógł się domyślić, jak akcja się potoczy.
Podsumowując, Black Panther: The Sound And The Fury to dosyć średni komiks. Śmiało można przeczytać dla odprężenia. Nie ma zawiłych zwrotów akcji czy nadmiernych scen walk. Co prawda jest troszkę przegadany, ale generalnie warto zabrać się za nowy wolumin. Dla Czarnej Pantery zawsze warto!
Autorka: Rose







