KomiksyTeksty

„Giant-Size House of M” #1 (2025) – Recenzja

Giant-Size House of M #1 (2025)
Ród M 2

Giant-Size House of M, czyli kolejny zeszyt z Kamalą, która podróżując w czasie trafia do najważniejszych momentów historii mutantów. Po co? Ta seria miała być takim powrotem bohaterki na szczyty, a tymczasem jest odgrzewaniem kotleta, który już zaczął się przypalać na początku, ale dusimy go jeszcze przez kolejne zeszyty, dodając przypraw, że może coś z tego wyjdzie, nie zwracając uwagi na to, że wszystko już z daleka zalatuje starym mięsem i tłuszczem.


TWENTY YEARS AFTER IT FIRST SHATTERED MUTANTKIND, KAMALA KHAN WITNESSES THE RISE AND FALL OF THE SCARLET WITCH’S DOOMED UTOPIA! She’s flown with the All-Different X-Men on their first mission, withstood the Dark Phoenix and survived the Age of Apocalypse – and now Ms. Marvel is rewarded with a world where mutants reign supreme! But beneath the gilded surface, this utopia is rotting with prejudice and oppression – and Kamala must find an unlikely ally in schoolteacher Kitty Pryde to help her learn to live in this brave new world. But if Kamala is here…so is Legion! What dangerous power will he unleash – and can Kamala recruit allies in time to stand against him? Or will she – and all of mutantkind – be newly decimated? Plus, a Revelations story in which Saladin Ahmed and Martín Cóccolo reveal a secret memory that was disclosed to Wolverine at the end of HOUSE OF M!


Lubię Ród M, ale nie jestem jego wyznawcą. Świetna historia, jak większość Bendisa, ale oparta na schemacie tak zgranym, że już w chwili publikacji nie było w tym niemal nic oryginalnego. Bendis jedynie przełamał ten schemat nieco odwracając wizję zmienionego świata – zamiast tradycyjnej dystopii, dał nam utopię, w której spełniły się marzenia bohaterów (ale i tak okazała się dystopią, ergo… sami wiecie). Ten zeszyt zaś, wracający do tego, nie jest w stanie wykrzesać z siebie nawet takiego grama inwencji.

Fabularnie to szybka w odbiorze, mająca parę fajnych scen, ale jednak strasznie przeciętna, wtórna i pokazująca jak bardzo Marvel odcina kuponiki historia tylko dla zagorzałych fanów. Fajnie wypada wizualnie (mimo tragicznej okładki – Kubert, co z tobą…), ale niestety to zdecydowanie za mało. Brak tu pomysłu, brak świeżości, a wszystko, co ciekawe niemal od razu zostaje zabita i zastąpiona kiepścizną. Przeczytać można, nie przeczę, tragedii nie ma, ale nie ma też nic, co by mnie kupiło. A próba wydojenia jeszcze bardziej krowy dawnych tytułów, które dały już dość mleka, tylko podnosi poziom niesmaku.


Autor: WKP

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x