„Journey Into Unknown Worlds #1” (2019) – Recenzja
Journey Into Unknown Worlds #1 (2019)
Po raz kolejny dane mi było zatopić się w komiksach sięgających aż czasów „prehistorycznych” Marvela, gdy znane nam obecnie wydawnictwo nosiło jeszcze nazwę Atlas. Atlas Comics było następcą Timely Comics, firmy założonej w 1939 roku przez wydawcę magazynu i powieści w miękkiej oprawie, Martina Goodmana, która osiągnęła szczyt popularności ze swoimi superbohaterami – Ludzką Pochodnią, Sub-Marinerem (aka Namorem) i Kapitanem Ameryką w latach II Wojny Światowej. Na początku lat 50. XX wieku komiksy wypadały z mody z powodu konkurencji ze strony telewizji i innych mediów. Strategia wydawnicza Goodmana polegała na tym, iż zaczął on podążać za trendami znanymi z telewizji i filmów. Tam królowały wówczas głównie westerny, wojenne dramaty, horrory oraz sci-fi. Tak też powstała seria Journey into Unknown Worlds publikowana w tym okresie. Obejmuje ona historie związane z gatunkami horroru, fantasy i sci-fi. By uczcić 80-tą rocznicę wydawnictwa Marvel, po raz kolejny przenosimy się w świat tajemnic i potworów w następnym pojedynczym zeszycie Journey into Unknown Worlds.

Gdy otwieramy ten one-shot, wita nas strona ukazująca ekspedycję badawczą, która zajmuje się obcym terytorium na planecie Ziemia. Jak można się spodziewać, „sielanka” nie trwa długo, ponieważ taki „spacer” po nieznanym terenie prowadzi ich do okropnego znaleziska, którym jest szkielet człekokształtnego olbrzyma. Tenże okaz spadł na Ziemię z niewiadomych przyczyn i załoga miała za zadanie go zbadać. Nagle jeden z badaczy zaczyna wić się w niewyobrażalnych bólach i mutować w zupełnie inną istotę. Naukowcy domyślają się, że ich kombinezony nie bronią ich przed dziwnym wirusem, którego nosicielem jest tajemniczy olbrzym. Powoli, jeden po drugim, zmieniają się w żywe zombie ociekające resztkami więzadeł, ścięgien i mięśni, które jeszcze ledwo trzymają się ich ciał. Jednak tylko jeden z badaczy dowie się dlaczego.
Kolejna opowieść, również w klimatach sci-fi, dzieje się na obozie harcerskim, gdzie jeden z uczestników jest kozłem ofiarnym, na którym wyżywają się inne dzieci. Już niedługo, bowiem chłopiec odnajduje kosmiczne jajo, które spadło z nieba i zmieni całkowicie jego życie.
Patrząc na te dwie historie, przywodzą mi one na myśl stare, dobre powieści sci-fi z lekkim zabarwieniem horroru, które mogą się większości kojarzyć ze znanym wszem i wobec „Obcym”. Obydwie opowiadają o pewnego rodzaju wtargnięciu pozaziemskich istot na teren, obraniem sobie gospodarzy do wykonania ich zadania, co niestety kończy się dość fatalnie. Bardzo dobrze poprowadzone historie autorstwa Cullena Bunna oraz Claya Mcleoda Chapmana są przemyślane, dynamiczne i współgrają z częścią artystyczną stworzoną przez Guillerma Sannę oraz Francesca Mannę. Panele oddają atmosferę starych komiksów, które nie skupiały się na detalach, lecz były dość proste. Aczkolwiek dynamiczna kreska pozwoliła nam się przenieść w stare dobre czasy świetności komiksów Marvela. Historyjki może nie są wyjątkowo oryginalne, ale przynoszą sentymentalne wspomnienia dawnych horrorów sci-fi, które według mnie są nie do pobicia.
Zeszyt polecam fanom sci-fi, którzy po raz kolejny chcą przenieść się w dawne czasy świetności tego gatunku związanego kosmicznymi inwazjami, a są one nieodzowną częścią popkultury amerykańskiej.
Autorka: Lynn




Pomysł z tym komiksem jest bardzo interesujący. Dobra alternatywa.