„Superbohaterowie Marvela #53: Spider-Girl” – Recenzja

Superbohaterowie Marvela #53: Spider-Girl
Mayday, Spider-Girl

Spider-Girl to najdłuższa w historii komiksu seria, której główną bohaterką jest kobieta. Pierwsza seria jej przygód ukazywała się od roku 1998 do roku 2006, zamykając się w 100 zeszytach, potem bohaterka powróciła w trwającej 30 numerów Amazing Spider-Girl i wracała jeszcze nie raz w kolejnych tytułach, jak chociażby Spectacular Spider-Girl czy Amazing Spider-Family. W Polsce jednak jej przygody mogliśmy czytać jedynie okazjonalnie, kiedy pojawiała się w innych seriach – co najwyraźniej widać było w świetnym evencie Spiderwersum – ale teraz nadszedł czas na zmianę. 53. tom kolekcji Superbohaterowie Marvela oferuje nam jej debiut na łamach What if…? oraz pierwsze siedem zeszytów jej regularnej serii. I chociaż całość na kolana nie powala, to jest to kawał dobrego komiksu, który pozwala nam przekonać się, czemu Spider-Girl zyskała taką sławę.

May ‘Mayday’ Parker to córka Petera i MJ, która pod koniec Clone Sagi przyszła na świat, ale martwa. Tak przynajmniej twierdził szpital, bo jak potem się okazało, dziecko – albo jego ciało (tego nigdy nie ujawniono) zostało zabrane przez pielęgniarkę. We wszystko zamieszany był oczywiście Osborn, ale po szczegóły odsyłam Was do tamtej historii. Co by jednak było, gdyby noworodek przeżył? (w One More Day co prawda potem wymazano istnienie córki Parkerów, ale to już materiał na zupełnie inną opowieść). Na to pytanie odpowiada ta seria, która przenosi nas w przyszłość. Peter nie jest już Spider-Manem, bez nogi niezbyt radziłby sobie w tej roli, ale jego nastoletnia córka zaczyna przejawiać ojcowskie moce. Tatuś co prawda nie jest zachwycony, że jego pociecha chce pójść w jego ślady, ale wkrótce młoda May przywdziewa kostium i rusza do akcji. Czeka na nią jednak nie tylko cała plejada wrogów, ale także i problemy jak dzielić życie między karierę superbohaterki i obowiązki uczennicy liceum…

Spider-Girl to dziecko swoich czasów, komiks pod każdym względem typowy dla lat 90., a co za tym idzie przepełniony tekstem, pełen patosu, swoistej naiwności i mroku, równoważonego w tym akurat wypadku lekkością i humorem. Kto pamięta Amazing Spider-Mana wydawanego przez TM-Semic i wspomina go, tak jak ja z łezką sentymentu w oku (ach, ileż to się wspomnień wiąże z tamtymi zeszytami!) także i ten album przyjmie ciepło. Gorzej będą mieli czytelnicy, którzy cenią współczesne komiksy, bo te bardziej klasyczne okazują się być dla nich najczęściej niestrawne, ale i oni – oczywiście jeśli są zaznajomieni z historią i wydarzeniami opowieści o Pajączku – będą nieźle się bawili, czytając opowieści o różnych wariacjach klasycznych wrogów i przyszłości nie tylko pajęczej rodzinki, ale także całego uniwersum.

Przede wszystkim jednak są tu przygody, akcja i zabawa schematami. Czyta się to przyjemnie, choć nieszczególnie szybko – jeśli sięgacie po Deadpoola z Marvel Classic, wiecie co mam na myśli. Sporo tu tekstu, wiele przemyśleń bohaterów, jeszcze więcej gadania, a akcja nie jest rozrysowywana na kilkadziesiąt stron. A skoro o rysunkach mowa, kreska jest dość prosta, cartoonowa, czasem bardziej brudna (świetny zeszyt z tuszem Billa Sienkiewicza), ale nie brak w niej detali. Kolor jest dość intensywny i barwny, ale taki już „urok” lat 90. Plus, że nie razi w oczy. Świetne jest za to wydanie, nieźle wypada też tłumaczenie, jak w SBM nigdy nie stoi ono na najwyższym poziomie, a dodatków na szczęście nie ma zbyt wiele – dzięki czemu więcej jest tu czystego komiksu. Fanom Spider-Mana polecać nie muszę, ale miłośnicy superhero, którzy lubią klimaty lat 90. powinni po ten album sięgnąć.


Autor: WKP

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x