„Ultimate Endgame” #1 (2025) – Recenzja
Ultimate Endgame #1 (2025)
Jeszcze bardziej ostateczny pojedynek
Marvel to potrafi. Potrafi spartolić nawet to, co zrobił dobrze. Weźmy ten świat Ultimate (to nowe Ultimate, Ziemia-6160). Zaczęło się super, robiło duże wrażenie, ale nawet to udało się zwalić, także w serii o Spider-Manie. No i w tym zeszycie, do którego zmierzano długi czas, by ostatecznie zaserwować mdły przeciętniak, w którym to, co potencjalnie dobre, okazuje się być całkowicie niewykorzystane, a szata graficzna zawodzi na całej linii.
ENDGAME HAS ARRIVED! The moment that has been building since the beginning of the new Ultimate Universe! Spinning out of Deniz Camp and Juan Frigeri’s ULTIMATES comes the culmination of ULTIMATE INVASION… Two (thousand) years have passed in the Ultimate Universe, but inside the City, the Maker has had thousands of years to prepare for his return! With the barrier around the City finally gone, heroes all across the Ultimate Universe must mobilize to defeat the Maker before it’s game over. For everyone. Meanwhile, the rest of the world wages World War III…
Więc tak: sporo wątków, sporo postaci, sporo potencjału, nawet niezły na to wszystko pomysł, a… No właśnie. To kolejny marvelowski balonik, pompowany ale dziurawy, więc nadmuchiwano go, ale sflaczał i tak. Co tu jest dobre? Sam punkt wyjścia, wątek ze Spider-Manem, parę drobiazgów z Makerem i tyle. Co gorsza, większość tego dobrego zostaje po drodze zepsuta. Czym?
Scenarzysta chyba za cel obrał sobie, by każdy wątek, który zaczyna ciekawić czy wywoływać emocje, poprowadzić tak, by potencjalnie zachęcić do sięgnięcia dalej i przekonania się o co tu chodzi, ale… No właśnie, usilne odsuwanie, przeciąganie nie służy opowieści, zaczyna irytować i zniechęca. Tym bardziej, że całość jest napisana jakby od niechcenia, bez wczucia się w to wszystko i bez wyczucia. Ot oby coś było.
Graficznie jest jeszcze gorzej. Jak widzę nazwisko Dodson na okładce, unikam, chyba, że to album naprawdę dobrego twórcy (Millar chociażby zrobił z nimi parę komiksów, ale psuli w nich wiele). Nie lubię ich, grafiki, jakie serwują są zwyczajnie cartoonowo brzydkie i odpychające jakąś taką sztucznością i uproszczeniami. Ale tak słabo, jak tu dawno nie było. Znów robota, jakby od niechcenia i do zniechęcenia. Są tu lepsze momenty, ale to tylko momenty. I w sumie taki właśnie jest cały ten zeszyt – ma momenty, ale jako całość zawodzi.
Autor: WKP














Jestem zwolennikiem Marvela ale ostatnio troszki Marvel się psuje. Trzeba sięgać po Marvela z lat 60. 70 i 80. tych XX wieku.