KomiksyTeksty

„X-Men: Wojna w Asgardzie” – Recenzja

X-Men: Wojna w Asgardzie
Pretekstowo i bez znaczenia

Claremont i X-Men. Czy może być lepsze połączenie? To w końcu legenda, która zmieniła przygody mutantów na zawsze, wprowadziła wszystkie najważniejsze motywy i dała nam niezapomniane historie, jak Saga Mrocznej Phoenix, Czasy minionej przyszłości czy Bóg kocha, człowiek zabija. O nich w zasadzie powiedziano już wszystko, ale Chris tą serią żył dekady, to było jego dziecko i stworzył masę różnych komiksów z tymi bohaterami, w tym ten, X-Men: Wojna w Asgardzie, idący nieco dalej i łączący przygody dzieci atomu z nordyckimi bóstwami. I, niestety, ale nie jest to najlepsze z dzieł Claremonta. Czyta się go nieźle, ale album sam w sobie cudów nie oferuje i należy do tych historii autora, które śmiało można pominąć.


Zbyt ludzcy, by być bogami. Zbyt potężni, by być zwyczajni.

Na krańcu jednego ze światów i w samym centrum drugiego dochodzi do nieziemskich cudów! Na kole podbiegunowym członkowie X-Men i Alpha Flight znajdują źródło niezwykłej mocy, która może uratować świat. Nie wiedzą, że przyjdzie im zapłacić straszliwą cenę za dary, jakimi zostali obdarzeni.

Konsekwencje spotkania dwóch drużyn dotykają również członków New Mutants, którzy nagle trafiają do Asgardu! X-Men ruszają im na ratunek, ale czy najpotężniejsi mutanci przetrwają pobyt w krainie bogów?

Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w amerykańskich zeszytach X-Men and Alpha Flight (1985) #1-2, New Mutants Special Edition oraz X-Men Annual #9, a także przedmowę Chrisa Claremonta napisaną specjalnie do tego albumu.



Co tu dużo mówić, konwencja, w jakiej były tworzone zebrane tu zeszyty, ma swoją specyfikę, która w obecnych czasach jest już mocno zestarzała. Mowa tu przede wszystkim o solidnej dawce tekstu, opowiadającej nam więcej niż obrazy, duże ilości dialogów i pewnej, wcale niemałej, porcji infantylności. Epicki wymiar całości jest mocno skondensowany, ograniczony do niezbędnego minimum. O wielkim rozmachu i dynamice nie ma tu mowy, bo główne wydarzenia, choć rozpisane na niemal 250 stron, są jednak prowadzone w sposób, że nawet jeśli dzieje się dużo, wydarzenia te wydają się tak skoncentrowane, że niemal streszczone, a nie pokazane w pełni, więc i nie poraża czytelnika intensywnością, epickością i siłą.

W trakcie lektury trudno nie odnieść też wrażenia, że dzieje się to wszystko jakby na uboczu, bez mocnego wnikania w X-Men i świat Thora. Zupełnie, jakby zdarzenia stąd miały nie wywrzeć zbyt wielkiego wpływu na akcję głównych serii a w całości chodziło przede wszystkim o rozrywkę – taką pretekstową, coś na kształt klasycznych Tajnych wojen z tym, że tam coś do różnych serii wniesiono. I o skupienie się na akcji i jak najbarwniejszej plejadzie gościnnie występujących gwiazd. Efekt jest więc taki, jak w filmowych hitach – dużo szumu, dużo efekciarstwa, mało sensu i zero głębi. Dodatkowo maniera Claremonta, który w dialogach i ramkach wyjaśniać musi wszystko to, co już i tak widać w rysunkach potrafi znużyć.

Nie zmienia to faktu, że mimo tego wszystkiego mamy tu solidną dawkę niezłej, ale tylko niezłej zabawy, z której wiele nie wynika i znać tego wszystkiego nie trzeba, choć można. Bardziej w tym wypadku jednak poznać warto dla rysunków, bo te niezmiennie są doskonałe. Ale nie warto od tego albumu zaczynać swojej przygody z mutantami czy Claremontem, bo można się odbić. To już rzecz dla fanatyków serii, którzy chcą mieć wszystko z X w tytule na półce.


Autor: WKP


Mucha Comics

Egzemplarz recenzencki otrzymaliśmy dzięki uprzejmości wydawnictwa Mucha Comics. Jeśli recenzja przekonała Was do zakupu – serię/tom możecie nabyć TUTAJ.

 

Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Tomasz

X-Men to legenda. Która cały czas trwa i trwa. Nowe pokolenia też powinny czerpać z dziedzictwa X-Men.

1
0
Podziel się z nami swoim komentarzem.x