"Carnage #16" (2017) – Recenzja
Carnage #16 to niestety ostatni zeszyt najnowszej serii o symbioncie-psychopacie, który niefortunnie w ogóle mnie nie zaskoczył i szczerze mówiąc – o wiele bardziej urzekłoby mnie inne zakończenie. Ale zacznijmy od początku…
.jpg)
Carnage po nieudanej próbie przemienia Jubulile w jednego ze swoich podwładnych (dzięki mocy danej mu przez księgę zwaną Darkhold), bohaterka zostaje zainfekowana symbiontem, co więcej potrafi odczytać myśli Carnage’a, a także jego wspomnienia. Staje się świadkiem traumatycznych przeżyć Kasady’ego i vice versa. On także otrzymuje dość sporą i wzruszającą dawkę retrospekcji z życia Jubulile. Lecz w tym momencie wiemy, że jedyną rzeczą jaką chce Carnage, jest wskrzeszenie Chthona, boga zła, o którym wspomina Darkhold. Grupa śmiałków (na czele których stoją Claire Dixon, John Jameson, Eddie Brock) poprzednio chciała go pojmać, tym razem zmobilizowali się by zakończyć niecny plan psychopaty i uwolnić Jubulile od cierpienia, jakie zadaje jej symbiont. Niestety, Carnage’owi udaje się przywrócić boga do życia, a oddział specjalny musi go pokonać, co wcale nie okazuje się łatwym zadaniem. Z pomocą przychodzi Jubulile, która pochłonęła Toxina od Eddiego Brocka i Raze od Claire Dixon, w połączeniu tworząc hybrydę trzech symbiontów.
.jpg)
Fabuła, której autorem jest (i był) Gerry Conway wydaje się (moim zdaniem oczywiście) całkiem intrygująca. Szczególnie podobało mi się uwzględnienie wewnętrznych pobudek tytułowego bohatera. Albowiem Carnage chwali się, że nie zabijał z powodu nienawiści do ludzi, sprawiało mu to przyjemność, co świadczy o tym, że jego ofiary były wybierane przypadkowo. Co więcej, chciał się poczuć wyjątkowy i to był główny powód wskrzeszenia pradawnego boga. Oprócz tego oczekiwał on od niego jakiejś nagrody. Niestety, dalszy rozwój akcji moim zdaniem jest ciut za szybki i bardzo słabo przemyślany. Gdyby rozłożyć postęp sytuacji na 2-3 zeszyty o wiele bardziej zaciekawiłoby to potencjalnego czytelnika. Na nieszczęście, autor poszedł po najmniejszej linii oporu by rozwiązać problem bohaterów jak najszybciej. Jak to zrobił? Tego dowiecie się po przeczytaniu serii. Relacje między postaciami nie są jakoś wyjątkowo rozbudowane, ponieważ wszyscy łączą się w słusznej sprawie. W tym wypadku i w stosunku do poprzednich numerów, sytuacja nie uległa jakiejkolwiek zmianie. Bardzo ciekawą odmianą był twór powstały z połączenia trzech symbiontów (Carnage’a, Raze i Toxina), który nigdzie wcześniej się nie pojawił. Było to niczym powiew świeżego powietrza w całej tej historii, gdzie bohaterowie są już raczej powszechnie znani.
.jpg)
Jeśli chodzi o warstwę artystyczną, wciąż jestem oczarowana kolorystyką i przedstawieniem postaci. Markowi Perkinsowi i Andy’emu Troy’owi należą się brawa za utrzymanie komiksu na tym samym poziomie pod względem graficznym. Mroczny i ciemny klimat serii jest przerywany barwami kontrastującymi, by skupić większą uwagę czytelnika. W ten oto sposób obu panów przeniosło czytelników w kilka różnych miejsc począwszy od ruchliwego i żywego miasta, przez spokojne i niczym niewzburzone morze, kończąc na dzikiej i prawie bezludnej dżungli. Postacie narysowane są dość szczegółowo, a kreacja samego Chthona skradła moje serce. Widać, że artyści włożyli w to dużo wysiłku i serca.
.jpg)
Podsumowując – niestety trochę się zawiodłam czytając ten zeszyt. Wszystko przez zbyt szybką akcję, którą można było bardziej rozwinąć. W czasie czytania komiksu czekamy na wielkie boom, którego tutaj po prostu nie ma i nie będzie. Pozostawia to wewnętrzną pustkę i niedosyt. Kolejnym szokiem w moim mniemaniu był dopisek The end na końcu, czego się nie spodziewałam. Miałam nadzieję, że dojdzie jeszcze kilka zeszytów i rozciągną nieco fabułę, ale pomarzyć zawsze można. Prawdopodobnie Carnage nie cieszył się zbytnią popularnością wśród czytelników, więc wydawcy doszli do wniosku, że może nie ma sensu ciągnąc tej serii dalej, ale są to tylko moje spekulacje. Całą serię z Carnagem w roli głównej oczywiście polecam. Autor miał naprawdę świetny pomysł, lecz sam koniec okazał się dla mnie rozczarowujący.
Autorka: Lynn

