„Doom” #1 (2024) – Recenzja
Doom #1 (2024)
Future Doom
Jonathan Hickman, gość, który napisał może i wtórną fabularnie, ale od strony Dooma zdecydowanie najlepszą historię z tą postacią (wiadomo o czym mowa, o Tajnych wojnach), powraca do pisania losów tego bohatera (a raczej złola). I w jednym one-shocie Doom #1, na ledwie 50 stronach, odwala kawał dobrej roboty. Nie wybitnej, coś mam wrażenie, że współscenarzysta, który jest jednocześnie rysownikiem tego komiksu nieco zaniża poziom, ale na tyle dobrej, że to chyba najlepszy marvelowski komiks wydany w tym tygodniu.
IN THE NEAR FUTURE…DOOM ALONE MUST SAVE THE MARVEL UNIVERSE! Legendary creators Jonathan Hickman (ULTIMATE SPIDER-MAN, G.O.D.S.) and Sanford Greene (Bitter Root) send Doctor Doom on a journey unlike any he has undertaken before! With Valeria Richards at his side, Doom goes on a quest to harness more power than any human has ever wielded before in order to try to stop Galactus from bringing about the death of the universe!
Hickman, jak to Hickman, bierze się i od razu przechodzi do rzeczy. Ma tylko pięćdziesiąt stron, więc nie zamierza zwlekać, powoli wprowadzać a potem na siłę szybko wszystko domykać. Po prostu bierze się za sedno już od początku i dzięki temu dostajemy świetnie pomyślany, fajnie wnikający w postać Dooma komiks, w którym jest i co poczytać, i na co popatrzeć.
No bo mamy tu i sporo akcji, i sporo zwyczajności (tej niezwykłej, doomowej, ale jednak), i równie wiele nastrojowych, widowiskowych momentów, w których rysownik może się popisać. A że popisać się potrafi, że potrafi narysować coś z realizmem, klimatem, ale i lekkością, wpada to w oko.
Efekt finalny, bardzo fajny, bardzo przyjemny i wart polecenia. Hikcman znów dał radę, może nie na poziomie znanym z jego Ultimate Spider-Mana, ale dobrze jest. I tyle.
Autor: WKP



