"Moon Knight #1-12" (2017) – Podwójna recenzja
Dziś mamy dla Was recenzję w trochę innej formie, bo podwójną. Dwóch naszych redaktorów – SQ i Failov – postanowiło wziąć na tapetę dwanaście opublikowanych obecnie numerów aktualnie wydawanej serii Moon Knight. Sprawdźcie jak prezentują się opinie obu panów. Czy są one podobne, czy może jednak skrajne?

SQ
Moon Knight to postać raczej niszowa i średnio kojarzona. Znają go głównie osoby, które mają troszkę większe doświadczenie z komiksami Marvela. Księżycowy Rycerz nigdy nie pojawił się też w jakimkolwiek filmie czy serialu live-action (chociaż nadal liczę na to, że Netflix uśmiechnie się do niego w dalszej fazie tworzenia swoich produkcji). Osobiście uważam, że to marnowanie olbrzymiego potencjału wyśmienitej postaci z porządną historią, no ale to nie ja siedzę w zarządzie Marvela.
.jpg)
W wielkim skrócie – Marc Spector (prawdziwa tożsamość Moon Knighta) to były najemnik, który podczas jednej z misji umiera, lecz na pomoc przychodzi mu egipski bóg księżyca, a przy tym zemsty – Khonshu. Od tamtej pory i po powrocie do Nowego Jorku, Marc staje się awatarem wcześniej wspomnianego bóstwa, walcząc po nocach z przestępczością w charakterystycznym białym kostiumie, przyjmując pseudonim – Moon Knight (pl. Księżycowy Rycerz). Gdyby tego było mało, nikt nie jest w stanie stwierdzić, czy mistrz, któremu służy Marc, jest prawdziwy. Na domiar złego, w głowie Spectora zaczyna się tworzyć prawdziwy bałagan, bo bohater z biegiem czasu wytwarza sobie całą masę różnorakich osobowości. Brzmi ciekawie? Cóż, nie dla niego.
.jpg)
Moon Knight brał udział w całej masie wydarzeń i eventów, jednakże finalnie spotkało go to, co koniec końców musiało nadejść… Ubrano go w przyciasny kaftanik i umieszczono w specjalnym ośrodku dla osób umysłowo chorych. To właśnie o tym można poczytać w obecnie wydawanej serii Moon Knight, która wystartowała w ubiegłym roku i z marszu podbiła serca fanów, jak i krytyków. Opinie obu tych grup są zazwyczaj bardzo skrajne, jednak w tym przypadku komentarze są w większości takie same – coś niesamowitego. Jeśli ktoś z Was z tą serią styczności jeszcze nie miał, takie reakcje powinny dać mu do myślenia i dodatkowo zachęcić.
.jpg)
Spoilerować nie chcę nikomu, bo nie na tym polega pisanie recenzji, więc musi wystarczyć Wam to, że całość skupia się z początku na problemach psychicznych głównego bohatera. Personel całego szpitala przekonuje go, że wszystko to, co do tej pory przeżył, cała jego kariera jako „wysłannika księżyca” i wszystkie jego przygody działy się tylko i wyłącznie wewnątrz jego własnego umysłu. Motyw wydaje się całkiem oklepany, jednak sposób jego przedstawienia to już inna bajka (Jeff Lemire wspina się tutaj na wyżyny swoich umiejętności, pracując nad historią). Pomyślcie – po takiej wiadomości raczej nikt nie wiedziałby,co ma ze sobą zrobić. Nie wiesz, czy jesteś wariatem, czy może cała ta papka, którą fundują Ci ludzie w białych kitlach to w istocie prawda? To będziecie musieli odkryć już sami, a ja pozwolę sobie zadać Wam jeszcze jedno pytanie: Co zrobilibyście na miejscu Marca?
.jpg)
Jeśli o ilustracje i kreskę chodzi, to tutaj nie trzeba pisać wiele. Całość jest porażająco psychodeliczna i powoduje, że oczy chcą nam eksplodować (w sposób pozytywny, oczywiście). Każdą kolejną stronę po prostu pożeramy wzrokiem, a dzieje się to głównie przez feerię różnorakich barw, ale też przez sposób, w jaki narysowane są postaci, a w szczególności ich twarze. Składają się na to przeróżne elementy, a za przykład mogą posłużyć grymasy, miny czy spojrzenia. To wszystko mówi samo za siebie i wyraża więcej niż jakiekolwiek rozbudowane opisy odczuć. Słowo daję, nie wiem, jak to jest być na wiecznym haju, ale czytając tę serię, właśnie tak się czuję. Idąc dalej tym tokiem myślenia, mogę spokojnie stwierdzić, że ekipa pracująca nad stroną graficzną tego runu (w składzie: Greg Smallwood i Jordie Bellaire) musi regularnie przyjmować jakieś środki halucynogenne.
.jpg)
To właśnie strona wizualna jest tym, co podoba mi się najbardziej w całej serii. Nie umiem tego opisać w bardziej ludzki sposób. Zwyczajnie, ma w sobie to coś, czego brak wielu innym komiksowym runom. Nie jest to ten rodzaj piękna, bazujący na wyidealizowanym przedstawieniu bohaterów. Tutaj wszystko dotyczy raczej sposobu rysowania i kolorowania całości. To coś, co łapie Cię w swoje sidła i momentalnie sprawia, że nie chcesz się od Moon Knighta oderwać.
.jpg)
Jeśli zaś o fabułę chodzi,to najbardziej do gustu przypadł mi (jak to w moim przypadku bywa) zeszyt z numerem #1, który otwiera tę niebanalną historię w sposób kompletnie oszałamiający, sprawiający, że zbiera się szczękę z podłogi i nie wie, co powiedzieć. Dlaczego? Chociażby dlatego, że za główny czarny charakter można uznać kadrę całego szpitala, która Spectorowi w jego zmaganiach z samym sobą wcale nie pomaga. W końcu człowiek człowiekowi wilkiem, prawda? Dodałbym jeszcze, że i Marc jest w tym przypadku sam sobie wrogiem, bo toczy nieustanną walkę ze swoją jaźnią. W kolejnych zeszytach wcale gorzej nie jest, bo dochodzą motywy związane z przeszłością Marca, innymi rzeczywistościami, walką ze swoim alter-ego (czyli z Moon Knightem), a nawet innymi egipskimi bóstwami, jak Seth czy Anubis.
.jpg)
Na koniec chciałbym jeszcze tylko dopisać, że aktualnie wydawany Moon Knight jest naprawdę wart zachodu, poświęcenia na niego czasu oraz każdej sumy pieniędzy. Jeśli nie macie wystarczających funduszy, aby zaopatrzyć się w te dwanaście opublikowanych dotychczas zeszytów, kupcie chociaż ten z numerem #1 i sami sprawdźcie. Nie zawiedziecie się, podobnie jak ja, a także masa innych osób.
Failov
Zdawałoby się, że wydawnictwo tak wielkie jak Marvel, dysponujące całą armią świetnych scenarzystów, rysowników czy inkerów, może wydawać imponujące komiksy niemalże taśmowo. W praktyce jednak okazuje się, że nie jest to tak oczywiste. O jakości serii decyduje wiele zmiennych i naprawdę dużo czynników musi się zazębić, aby całość zapadła nam w pamięć. Scenariusz, tempo prowadzenia opowieści, zwroty akcji, rysunek, kolory, ułożenie plansz – między tymi elementami musi pojawić się specyficzna chemia, która sklei wszystko w naprawdę wybitne dzieło. Takim właśnie dziełem, w mojej opinii, jest najnowsza seria opowiadająca historię cierpiącego na dysocjacyjne zaburzenie tożsamości Marka Spectora, herosa znanego pod pseudonimem Moon Knight.
.jpg)
Już sama nieszablonowość tej postaci stanowi bardzo duże wyzwanie dla scenarzysty, a jednocześnie wielką szansę. Z jednej strony choroba psychiczna głównego bohatera otwiera przed autorem nowe możliwości prowadzenia akcji, ale z drugiej musi też potrafić zapanować nad chaosem w głowie Spectora. W tym wypadku Jeff Lemire po raz kolejny udowadnia, że jest w świetnej formie i serwuje nam na kartach komiksu niesamowitą przygodę. Udało mu się stworzyć mocno psychodeliczną atmosferę, w której nigdy nie możemy być pewni tego, co jest prawdą, a co wytworem wyobraźni Moon Knighta. Umiejętnie żongluje kolejnymi osobowościami mężczyzny, dzięki czemu co chwilę widzimy go w zupełnie abstrakcyjnych okolicznościach. W jednej chwili jesteśmy w hollywoodzkim studiu filmowym, po przejściu przez drzwi trafiamy na księżyc, a po chwili jesteśmy otoczeni przez egipskich bogów w krainie umarłych. Brzmi to szalenie, ale właśnie dzięki temu doskonale czujemy, w jakim obłędzie tkwi główny bohater, jak bardzo musi być rozerwany.
.jpg)
Dopracowaną warstwę fabularną dopełnia fenomenalna oprawa graficzna komiksu. Niewiele jest zeszytów, nad którymi potrafię siedzieć godzinami, do których wracam wielokrotnie po to, żeby nacieszyć oko rysunkiem. Tutaj praktycznie każda strona jest dziełem sztuki. Za wygląd odpowiedzialnych jest aż czterech artystów – przede wszystkim Greg Smallwood, a gościnnie: Wilfredo Torres, Francesco Francavilla oraz James Stokoe. Najwyraźniejsze piętno na serii odcisnął zdecydowanie ten pierwszy, który wspiął się na wyżyny swoich możliwości, ale pozostali panowie nie są daleko w tyle. Na uznanie zasługuje również praca osoby odpowiedzialnej za kolory, czyli Jordiego Bellaire’a, którego w kilku woluminach wspierają wyżej wymienieni goście.
.jpg)
Właściwie każda osobowość, z którą się stykamy, cechuje się własnym charakterystycznym stylem. Karty dotyczące Marka Spectora są lekko rozmyte, ziarniste, panele pozbawione są ramek, przenikają się, tworząc surrealistyczny klimat; Steven Grant ma najwyraźniejsze, najbardziej rzeczywiste kontury, wypełnione realistycznymi kolorami. Z kolei Jake Lockley jest niczym narkotyczna podróż – agresywne linie wypełnione zostały bardzo kontrastującymi barwami. Dodatkowo samo rozplanowanie plansz, rozmieszczenie i konstrukcja poszczególnych paneli – te elementy biorą udział w opowiadaniu historii. Są chaotyczne i nieregularne, gdy stykamy się z rozchwianymi osobowościami i doskonale uporządkowane, kiedy mamy do czynienia z chwilami rozsądku.
.jpg)
Komiks tworzy niezwykłą całość i jest w mojej opinii jednym z najlepszych przedstawień Moon Knighta. Zagrało tutaj wszystko – scenariusz i szata graficzna doskonale się uzupełniają, tworząc niesamowity, psychodeliczny obraz umysłu osoby cierpiącej na rozszczepienie jaźni. Jest to dla mnie jeden z najlepszych komiksów wydanych przez Marvel w zeszłym roku i pozycja obowiązkowa na półce każdego fana przygód superbohaterów.
Autorzy: SQ & Failov


.jpg)